Bruno Mars – 24K Magic [RECENZJA]

Miliony sprzedanych płyt, numery jeden na listach przebojów na całym świecie, a ostatnio także bardzo dobrze sprzedająca się przyszłoroczna trasa koncertowa – tymi wszystkimi superlatywami możemy określić naszego dzisiejszego bohatera. Amerykański artysta Bruno Mars zaprezentował właśnie światu swoje najnowsze wydawnictwo. Na nowy materiał wokalisty przyszło fanom czekać aż cztery długie lata, a poprzeczka po poprzednim albumie ustawiona była bardzo wysoko. Czy era „24K Magic” faktycznie będzie dla Bruno kolejnym złotym okresem w jego karierze?

Na wstępie zacznijmy od tego, że od dawna uważałem naszego dzisiejszego bohatera za piekielnie zdolnego człowieka, którego albumy warto w życiu przesłuchać chociaż raz. Mars nigdy nie był więźniem swojego wizerunku, a muzycznie wie co robi i robi to dobrze, o czym świadczą jego wszystkie dotychczasowe sukcesy. Po premierze pierwszego singla z nowego albumu poczułem się jednak niepewnie, bo przyznam wprost, że „24K Magic” w porównaniu do poprzednich dokonań wokalisty wypada raczej mało oryginalnie. Kontynuowanie skutecznej medialnie stylistyki „Uptown Funk” było jednak nieuniknione – w końcu jeżeli coś się sprzedaje, to czemu z tego dalej nie skorzystać? Jest to dla mnie decyzja w pełni zrozumiała marketingowo, choć faktycznie dość przykra, bo krążek ma do zaoferowania jednak trochę więcej niż kolejnego klona jego ostatniego hitu.

Na „24K Magic” znalazło się ostatecznie dziewięć nowych utworów, w tym wydana wcześniej piosenka tytułowa, która już na dobre rozgościła się w praktycznie wszystkich rozgłośniach radiowych głównego nurtu. Stylistycznie obyło się tym razem bez zaskoczeń, bowiem Mars postawił na materiał z pogranicza popu, R&B i funku, który, choć spójny i nie najgorzej wyprodukowany, to jednak okazał się w tym przypadku dość przewidywalny. Ilość premierowych kompozycji również jest niestety w tym wypadku rozczarowująca – osiem piosenek poza głównym singlem, niezależnie od artystycznego minimalizmu, to zdecydowanie za mało żeby wciągnąć słuchacza w klimat, który Mars usiłował stworzyć. Nie oznacza to jednak, że „24K Magic” nie ma mocnych stron – znalazło się bowiem na nim kilka mocnych momentów, dzięki którym krążek ma jeszcze okazję nie raz zabłysnąć w mediach.

Warto podkreślić, że mamy tu do czynienia przede wszystkim z wydawnictwem, które prędzej czy później musiałoby powstać – po sukcesie „Uptown Funk” nie spodziewałbym się tym razem niczego innego, jak właśnie utworów zrobionych na bazie tej złotej recepty na sukces. Co więc znajdziemy w środku? Najmocniejszymi punktami są dla mnie z pewnością „Too Good to Say Goodbye”, „Finesse” oraz wydane przedpremierowo „Versace on the Floor”, które, mimo momentami dość przeciętnych jakościowo tekstów, wpadają w ucho już od pierwszego przesłuchania. Trochę gorzej wypadają „Chunky” czy „Perm”, które jednak, w zgodzie z zamysłem autora, przywołują bardzo miłe skojarzenia z najlepszych imprez w stylu retro. Nieszczęsne „That’s What I Like” i „Calling All My Lovelies” pozostają w tym wypadku daleko w tyle, wypadając na tle pozostałych zwyczajnie nijako. W końcu nie wszystko złoto co się świeci…

Jak zatem wypada „24K Magic” na tle swoich poprzedników? Po rozważeniu wszystkich „za” i „przeciw” nie jest to w gruncie rzeczy wydawnictwo złe – brakuje mu jednak kreatywności i doskonale dopracowanych szczegółów, które u Marsa zawsze punktowały u mnie najmocniej. Album już w tym momencie radzi sobie nie najgorzej na listach sprzedaży, tak więc o spektakularnej porażce nie może być oczywiście mowy, jednak największym wyzwaniem przed jakim stanie „24K Magic” będzie próba pozostania w świadomości słuchaczy na dłuższy czas. Bądźmy realistami – nie jest to niestety wydawnictwo ponadczasowe i warte zapamiętania, a o ewentualnych hitach z krążka, które okupować będą czołówki list przebojów zapewne już wkrótce, muzyczny świat bardzo szybko zapomni. Szkoda.

Podsumowując, moim zdaniem do przełomu w żadnym wypadku nie doszło, ale kariera Bruno Marsa absolutnie się na „24K Magic” również nie zakończy. Uważam jednak, że artysta ma do przekazania światu zdecydowanie więcej niż tym razem zaprezentował, a efekt finalny jest w obliczu tak wysoko postawionej poprzeczki zwyczajnie przeciętny. Oczywistym wydaje się, że krążek będzie miał zarówno swoich zagorzałych zwolenników jak i przeciwników, jednak ja pozostanę tym razem w swojej ocenie gdzieś pomiędzy tymi dwoma obozami. Pozostaje mi chyba jedynie życzyć Bruno powodzenia w trwających właśnie promocjach, a sobie dużo cierpliwości w oczekiwaniu na jego kolejny album. Podejrzewam, że przyda się to nam obu.

bruno

Web Cams Sex
Udostępnij na Google Plus