Carly Rae Jepsen – E·MO·TION: Side B [RECENZJA]

Pamiętacie „Call Me Maybe”? Tak było jeszcze pięć lat temu, kiedy to Carly Rae Jepsen stopniowo wyrastała na jedną z najpopularniejszych postaci 2011 roku. Dziś na próżno szukać informacji o jej muzycznej aktywności w mediach głównego nurtu, a szkoda, bo jej trzeci album „E·MO·TION” skończył niedawno rok! Artystka jako formę celebracji tego wydarzenia postanowiła więc przekazać w ręce fanów bonusowe wydawnictwo „E·MO·TION: Side B”. Desperacka próba poprawy notowań albumu na listach sprzedaży, czy świadomy zabieg mający zamknąć płynnie pewien rozdział w karierze artystki? Osobiście skłaniam się ku opcji numer dwa.

Nie zdziwi chyba nikogo stwierdzenie, że „E·MO·TION” był, moim zdaniem, jednym z największych muzycznych zaskoczeń zeszłego roku. Czego by nie powiedzieć o Jepsen, która nigdy nie przejawiała ambicji do bycia kimś więcej niż dziewczyną od „Call Me Maybe”, to jej trzeciego albumu słucham z ogromną przyjemnością aż po dzień dzisiejszy i dzieje się tak nie bez powodu. Cały zachwyt i szum wokół tego krążka nie jest bezpodstawny, bowiem otrzymaliśmy produkt dopracowany w każdym aspekcie, co wbrew pozorom dzieje się na rynku coraz rzadziej. „E·MO·TION: Side B” zjawia się co prawda aż rok po swoim starszym bracie, jednak w samą porę żeby udowodnić światu kolejny raz, że obecność młodej wokalistki na wielu końcoworocznych zestawieniach najlepszych albumów 2015 roku nie była pomyłką. Dobra muzyka zawsze obroni się sama, czego potwierdzenie znalazłem w nowym materiale Jepsen kolejny raz.

Na „Side B” znajdziemy łącznie osiem kompozycji mających być dopełnieniem zeszłorocznego krążka, w tym sześć całkowicie premierowych numerów. „First Time” i „Fever” miały już swój moment chwały na wydanym w zeszłym roku w Japonii wydawnictwie remiksowym, co oczywiście nie oznacza, że nie powinny znaleźć się również i tutaj. Materiał utrzymany jest w klimacie elektropopu i królującej wiele lat temu muzyki disco, która podana w sposób nowoczesny i interesujący pozwala na moment powrócić do tych magicznych dla muzyki dance czasów. Najlepiej z całości wypadają piosenki „Higher”, „Body Language” oraz „Cry”, które dzięki swojemu potencjałowi mogą, moim zdaniem, aspirować do pierwszej dziesiątki list przebojów na całym świecie. Niewiele gorzej prezentują się również „The One” oraz wspomniane wcześniej „First Time” i „Fever”, które idealnie wpasowują się w klimat zeszłorocznego krążka i kontynuują jego dobrą passę jako solidnego nagrania pop. Nie jestem natomiast fanem „Store” i „Roses”, które wypadają wśród tak mocnych kompozycji po prostu dość słabo. Faktem jest jednak, że każdy znajdzie tu coś dla siebie – a to w dzisiejszych czasach duży komplement dla każdego artysty.

Pomimo że „Side B” traktowane jest raczej jako dopełnienie albumu poprzedniego niż samodzielne wydawnictwo, to nie sposób nie docenić wkładu, jaki daje ta mała aktualizacja pierwotnemu albumowi. Należy zaznaczyć, że teoretycznie mamy tu do czynienia ze zlepkiem odrzutów z sesji do głównego krążka, więc powinny być to piosenki słabsze, o mniejszym potencjale na dotarcie do danej grupy docelowej. Ja osobiście żałuję, że niektóre z nowych kompozycji nie znalazły się na „E·MO·TION”, bo album bardzo by na tym zyskał – i to nawet nie tyle objętościowo, co jakościowo. Utwory takie jak “Higher” czy “Cry” zasługują na dużo więcej uwagi, a przede wszystkim na solidną promocję w mediach i rozgłośniach radiowych, która pozwoliłaby im na zdobycie szerszego grona słuchaczy. Pozostaje oczywiście kwestia tekstów piosenek, które nie są co prawda na tyle banalne, żeby je zdecydowanie skrytykować, ale również nie na tyle dobre, żeby je mocno docenić. Jepsen w tej dziedzinie od zawsze mieściła się gdzieś pośrodku – tak jest również i tym razem, i niech tak zostanie.

Podsumowując, uważam, że „E·MO·TION: Side B” był zabiegiem skutecznym i spełnia swój cel nadrzędny – dopełnia wydany rok temu album i ostatecznie zamyka ten rozdział w karierze Carly Rae Jepsen. Odrzucone utwory, które dostaliśmy w prezencie utwierdzają mnie jedynie w przekonaniu, że pójście w tym kierunku było dla kariery artystki najlepszym możliwym posunięciem. Stylistycznie, wokalnie i tekstowo Jepsen pozostaje wierna oryginalnemu wydawnictwu – nie ma tu więc nic zaskakującego ani przełomowego, ale dla fanów muzyki pop to pozycja obowiązkowa. Co więcej mogę powiedzieć? I really really really really really really like you, Carly. Dobra robota i wracaj do nas jak najszybciej z czymś nowym, najlepiej na tym samym poziomie. Trzymam kciuki.

Carly-carly-rae-jepsen-33908744-500-233

Udostępnij na Google Plus