Avril Lavigne – Avril Lavigne (2013)

[one_half] avril[/one_half][one_half_last][box type=”shadow”]OCENA REDAKCJI [starreview tpl=16 size=’46’] 3.8/5

[starrater tpl=5]
[/box][/one_half_last]

[starreviewmulti id=66 tpl=20]

Muzykę Avril Lavigne pamiętam jeszcze ze szczenięcych lat. Gdy namiętnie oglądałam seriale dla nastolatek i podejmowałam niezbyt skuteczne próby buntu, piosenki z dwóch pierwszych krążków Kanadyjki – “Let Go” i „Under My Skin” – idealnie wpisywały się moje potrzeby. Jednak po jakimś czasie dojrzewanie odcisnęło swoje krwawe piętno na moim guście muzycznym, pozostawiając za sobą jedynie wspomnienia niegdysiejszej świetności. Przez kilka lat więc właściwie nie miałam styczności z twórczością Avril Lavigne, jeśli nie liczyć kilku przesłuchań soundtracku do filmu „Alicja w Krainie Czarów”, na którym znalazł się całkiem udany kawałek autorstwa Avril, “Alice”. Przy okazji premiery nowej płyty postanowiłam nie tylko zapoznać się ze świeżym materiałem piosenkarki, ale również – zachęcona brzmieniem „Avril Lavigne” – sięgnęłam przez pominięte przeze mnie wcześniej pozycje: radosne i dziewczęce „The Best Damn Thing „ i nieco bardziej dojrzałe „Goodbye Lullaby”. Muszę przyznać, że krążek „Avril Lavigne” łączy w sobie wszystkie dobre cechy wcześniejszych płyt Avril, i to właśnie dlatego słucha się go z taką przyjemnością.

Otwierający longplay kawałek „Rock n Roll” jest zdecydowanie moim ulubionym utworem spośród wszystkich, które znalazły się na płycie. Szybkie tempo narzucone przez dynamiczne riffy gitarowe w połączeniu z zaskakująco mocnym wokalem Avril sprawiają, że nie można przestać nucić tej piosenki. W dodatku do tego świetnego singla powstał częściowo animowany teledysk, który jest bardzo przyjemnym obrazkiem – nie smaga w twarz patosem,  po prostu bawi i zapada w pamięć na długo (oklaski dla prawdziwych gwiazd tego klipu, homara-nożownika i owczarka niemieckiego za kółkiem).

Po „Rock n Roll” słyszymy „Here’s to Never Growing Up” – utwór, który równie dobrze mógłby znaleźć się na płycie Taylor Swift. I właściwie nic w tym złego. Avril tą piosenką śmieje się w twarz wszystkim tym, którzy przez lata krytykowali jej rzekomo niedojrzały styl. Sama piosenka broni się zgrabną produkcją i chwytliwym refrenem, co właściwie zapewnia radiowy sukces już w przedbiegach.  Podobnie jest w wypadku utworu „17”, który również znalazł się na płycie. „17” przypomina mi klimat tych dwóch pierwszych płyt Avril, słuchanych przeze mnie non-stop dobrych parę lat temu. Kawałek ten aż kipi młodzieńczą energią, a jednocześnie opowiada historię nieco bardziej szczęśliwą niż chociażby wielki przebój artystki, „Sk8ter Boi”, z którym kawałek „17” od razu mi się skojarzył.

Dalej jest już nieco bardziej monotonnie, jednak nadal możemy znaleźć na trackliście kilka potencjalnych hitów. Na szczególną uwagę zasługuje rockowe „Hello Kitty” i jeszcze bardziej niegrzeczne „Bad Girl”, w którym to utworze możemy usłyszeć także samego Marilyna Mansona. Byłam zawiedziona ostatnimi dokonaniami grupy The Pretty Reckless, więc z tego miejsca pragnę coś oznajmić. Droga Taylor Momsen, tak powinny brzmieć wasze nowe single. Oba utwory mają pazur, porywające tempo oraz… świetnie nadają się do samochodu. Wierzcie lub nie, ale dla mnie bardzo ważny czynnik, który może ostatecznie potwierdzić jakość materiału. Nawet jeśli twoje auto nie jest wyposażone w najwyższej próby  sprzęt grający, „Hello Kitty” i „Bad Girl” powinny znaleźć się na twojej playliście „Wypady z kumplami na miasto”.

Przejdźmy dalej…Nie da się ukryć, że nie znoszę Nickleback. Nie wiem, czym jest to spowodowane. Po prostu nie czuję się na siłach by udźwignąć całą tę pompatyczną wydmuszkę, jaką jest muzyka tejże grupy. Mimo to nie przeszkadza mi to w wysokim ocenieniu singla „Let Me Go”, który Avril Lavigne nagrała ze swoim nowym mężem, Chadem Kroegerem. Głos Avril jest chyba tym pierwiastkiem, którego brakowało wcześniej kompozycjom Nickleback. Bo oto mamy po prostu najbardziej szablonową balladę wyplutą przez machinę Kroegera, której da się słuchać, ba, którą da się polubić. Avril nadaje temu przeciętniakowi lekkości. Dzięki niej utwór, który z pewnością byłby zwykłym wypychaczem na krążku Nickleback, wzbija się ponad szarą masę, lądując gdzieś między „Stay”  a „Just Give Me a Reason”.

Pozostałe piosenki na „Avril Lavigne” nie są aż tak charakterystyczne, ale nadal trzymają całkiem zadowalający poziom. Chociażby „Hello Heartache” czy spokojne „Give You What You Like” zasługują na pochwałę. Dzięki nim można usłyszeć, że Avril nie chce do końca szufladkować swojej muzyki, ale próbuje eksperymentować z różnymi środkami ekspresji. Z kolei „You Ain’t Seen Nothin’ Yet” jest swego rodzaju powrotem do korzeni – gdyby wydać ten utwór w 2004 roku, z pewnością byłby puszczany w radiu częściej niż przeboje Natashy Bedingfield czy JoJo.

Avril Lavigne swoją nową płytą udowodniła, że całkowicie zasłużyła na swoją obecną pozycję w branży muzycznej.  Różnorodność jest najmocniejszą stroną krążka „Avril Lavigne”. Bo i mamy tutaj wspomnienie początków kariery wokalistki, rockowe ballady, mocne uderzenia i chwytliwe refreny, nie brakuje kąśliwych tekstów czy nieco naiwnych piosenek o miłości. Wszystko to razem składa się na obraz Avril takiej, jaka była przez te wszystkie lata. Mimo kilku niedociągnięć, sama płyta wydaje się być bardzo przemyślaną całością. Gdy po raz pierwszy usłyszałam, że nowa produkcja Kanadyjki będzie zatytułowana właśnie „Avril Lavigne”, pomyślałam, że ktoś tu poszedł na łatwiznę. Teraz wszystkie elementy zaczynają do siebie pasować – ostatnia płyta artystki jest jak podsumowanie jej dotychczasowej kariery, a jednocześnie szkic obranego przez nią kierunku.

Recenzja została napisana przez Ewę – zwyciężczynię konkursu na najlepszą recenzję płyty “Avril Lavigne”.

empik

Udostępnij na Google Plus