RECENZJA: Rihanna – Talk That Talk

Rihanna przyzwyczaiła już swoich fanów, aby raz w roku dawać im dawkę nowej muzyki. Rok po ukazaniu się ostatniego krążka, pojawia się kolejny o jakże ironicznym tytule “Talk That Talk”. O czym młoda barbadoska chce z nami rozmawiać? Ano o miłości, zaskakujące? W przeważającej ilości piosenek stara się nam przekazać, że ulokowała uczucia w niewłaściwym miejscu, jest pijana z miłości, głupia oraz kocha, gdy ktoś robi jej to “coś”.

“You Da One” otwiera całą rozmowę. Wydaje mi się, że nie bez powodu zdecydowano się by piosenka była kolejnym singlem promującym album. Nie jest najmocniejszym punktem płyty, ale na pewno utrzymuje pewien poziom. Dalej jest tylko przyjemniej.

Dzięki “Where Have You Been” artystka zaliczy swój kolejny numer #1 na listach przebojów. Mocny dubstepowy beat, którego długo nie zapominamy, ponadto całość jest ładnie ubrana w dobrze nagrany, albo jak kto woli przerobiony, wokal Riahanny. “We Found Love”, po pierwszym przesłuchaniu całego “Talk That Talk” brzmi jak pewnego rodzaju wizytówka albumu. Nic bardziej błędnego, do innych kawałków musimy się po prostu przyzwyczaić. Utwór “Talk That Talk” przez pierwsze kilkanaście sekund brzmi naprawdę rewelacyjnie, dodatkowo w prezencie dostajemy Jay’a-Z, niestety w pewnym momencie utwór robi się strasznie monotonny i mamy ochotę szybko przełączyć dalej. W “Cockiness” niewątpliwie wrażenie robi męski wokal, który jednocześnie jest podkładem piosenki. Kawałek brzmi jakby został nagrany dla jaj. Zabawny, chwytliwy, dobry na poprawę humoru (np. w zatłoczonym autobusie, w porannych godzinach, kiedy spieszymy na studia czy do pracy). Dalej mamy nastrojowe “We All Want Love”, który jest pierwszym utwórem, przy którym mamy wrażenie, że wszystko co dobre na tej płycie już było. Szybko, jednak o tym zapominamy kiedy w głośnikach pojawia się “Drunk On Love”. Refren zwala z nóg. Mimo atmosfery nostalgii, to jednak bardzo energetyczny utwór, który sprawia, że w pewnych momentach na ciele pojawiają się ciarki. “Roc Me Out” przekonuje nas o tym, że Rihanna nie zejdzie ze sceny prędko! “To jest jej czas” – myślimy, podrygując jednocześnie głową w rytm swoistego patosu XXI wieku, który słyszymy w tle. “Watch n’ Learn” nie jest najgorszą kompozycją albumu, ale  jest kolejnym (po “We All Want Love”) zapychaczem, a takich nie lubimy. Na zakończenie mamy balladę “Farewell”. Tutaj również, nie jest najgorzej ale kiedy przypomnimy sobie zakończenia dwóch poprzednich płyt to ten kawałek wypada niesamowicie blado.

Posiadacze wersji deluxe płyty mogą nie tylko cieszyć się niewątpliwie pięknym wydaniem albumu, ale także 3 dodatkowymi utworami. “Do Ya Thang” zupełnie nie przypadł mi do gustu. Kojarzy mi się z tymi dość kiepskimi kawałkami z albumu “Music Of The Sun”. Jak to ostatnio w modzie są powiedzenia: “jestem na nie” lub “nie lubię tego”. “Red Lipstick” jest 100% dowodem na to, że nie powinniśmy żałować wydanych kilkunastu złotych więcej. Utwór przenosi nas w czasy “Rated R”Czujemy się nieziemsko, po przesłuchaniu “Czerwonej Szminki”. “Fool In Love” jest zakończeniem godnym tak dobrej płyty.

Rihanna poradziła sobie tym razem całkiem nieźle. “Rated R” wciąż pozostaje moim ulubieńcem, ale “TTT” jest albumem dużo dojrzalszym niż “Loud”. Efekt techna może troszkę irytować, ale przynajmniej mamy poczucie, że słuchamy dobrego techna.

OCENA: 7/10

Udostępnij na Google Plus