RECENZJA: Cheryl – A Million Lights

Gdy różne girlsbandy, boysbandy lub inne bandy się rozpadają, uczestnikom takiego przedsięwzięcia pozostaje niewielki wybór. Po pierwsze mogą z lepszym (rzadko) albo gorszym(najczęściej) skutkiem starać się samotnie albo w grupie działać na rynku muzycznym. Drugą szansą jest bardzo twardy powrót do rzeczywistości bez fleszy i kamer i rozpoczęcie życia od zera, z tą różnicą, że zer na koncie jest więcej. Po tym jak Girls Aloud ogłosiły zawieszenie działalności, członkinie grupy zostały postawione przed tym wyborem. Dziś zamierzam pochylić się nad jedną z nich, czyli Cheryl Cole lub, jak teraz powinno się o niej pisać, po prostu Cheryl.

Płyta „A Milion Lights” jest trzecią solową płytą tej wokalistki, ale czy intensywność tworzenia płyt daje odpowiednią jakość? Dyplomatycznie odpowiem – efekt jest umiarkowany. Płyta składa się z 11, różnorodnie wyprodukowanych, piosenek. Od typowego dance-popu, poprzez piosenki klasycznie popowe z elementami r&b, aż po pseudo-dubstepowe produkcje, które są obecnie bardzo modne.

Lista producentów nie jest powalająca pod względem twórców przebojów. Nazwiska will.i.am’a czy Calvina Harrisa mogą przyciągać. Nie przekłada się to w żadnym stopniu na jakość produkcji, jest dość monotonnie. Płyta jest na szczęście krótka, więc nie zdążyłem przy niej ziewnąć, chociaż miałem w pewnych momentach ochotę. Najmocniejszymi momentami płyty są dwie pierwsze piosenki:  „Under the Sun”, wyprodukowane przez Alexa Da Kida, bardzo słoneczne nagranie z lekkim zacięciem syntezatorowego motywu przewodniego, przyjemne do posłuchania w letni poranek, oraz piosenka „Call My Name” napisana w całości przez Calvina Harrisa, taneczna, z pazurem i nawet z całkiem ciekawym tekstem.

Właśnie. Teksty… Oczywiście jest dużo o rozterkach miłosno-kobiecych, wiem, że jest to typowe dla muzyki popularnej, ale ileż można? Nawet piosenka współpisana przez Elizabeth Grant, powszechnie znaną jako Lana Del Rey, nie daje żadnej odskoczni. Jest nuuuudno. Największym dla mnie nieszczęściem są jednak dubstepowe kawałki.  „Craziest Thing” i „Love Killer” to niewypały, bo nie dość, że jest to dubstep dostosowany do popu nie mający ani mocy, ani szczególnego brzmienia, to do tego Cheryl, jak dla mnie, zupełnie nie odnajduje się w tym repertuarze.

„A Million Lights” to słaba płyta. Miewa lepsze momenty, ale ogólne wrażenie jest takie, że albo sama wokalistka, albo jej menadżer, albo jej producenci, nie mają konkretnego pomysłu na to co robić dalej z jej karierą. Na płytę składają się dwa naprawdę świetne kawałki,  kilka zapychaczy oraz dwie dubstepowe żenady. Płyta nie ma odpowiedniej mocy i nawet na te niespełna 38 minut nie jest w stanie przyciągnąć słuchacza. Czekam na to, aż ktoś dla Cheryl Cole odnajdzie  nową drogę lub ona sama dojdzie do tego, czego chce od swojej kariery. Inaczej zaginie w masie podobnych do niej gwiazdek.

OCENA: 4/10

Udostępnij na Google Plus