RECENZJA: Lana Del Rey – Born To Die

Nowe zjawisko na scenie muzyki pop. Kobieta z wydatnymi wargami i wolnymi utworami, które mają silną rotację na różnych stacjach radiowych. Czy są one warte zainteresowania jakim darzą ją słuchacze? Przyjrzyjmy się płycie „Born To Die” Lany Del Rey.

Warstwa muzyczna jest bardzo nużąca. Wciąż powtarzane powolne, pseudo-hiphopowe i minimalistyczne w założeniach podkłady, są niezbyt zachęcającą otoczką dla takiej wokalistki. Jest parę perełek: to piosenki takie jak „ Off The Races” czy „National Anthem”, które wybijają się ponad tą przeciętną smutę.

Warstwa wokalno-liryczna to oddzielna sprawa. Przy pierwszym przesłuchaniu trzeba walczyć ze sobą aby wytrwać do końca. Płyta jest nużąca i smętna. Jednak coś w niej przyciąga. Nie da się określić co, jednak gdy wokal Elizabeth wynosi się ponad mruczącą melorecytację robi się ciekawiej. To trochę za mało by określić ją jako wybitną wokalistkę – nie używa swojego głosu tak jak powinna – ciężko mi dotrzeć do tego, co byłoby w jej przypadku naprawdę dobre. Warstwa tekstowa ogólnie nie jest zła. Sporo tu miłosnych opowieści z USA w tle. Nie jest to żadna poezja. Może jakby pisała teksty o czymś innym, to śpiewała by też jakoś radośniej.

Płyta „Born To Die” jest płytą mało wybitną. Nie jest ani odkrywcza, ani powalająca pod względem treściowym. Nie odrzuca przy pierwszym odsłuchaniu, ale nie zachęca też do ponownego. Do Was należy wybór czy chcecie tego słuchać czy nie. Tą płytę można odłożyć  na półkę – może się kurzyć.

OCENA: 5/10

Web Cams Sex
Udostępnij na Google Plus