Kylie Minogue – Golden [RECENZJA]

Od premiery ostatniego albumu australijskiej wokalistki Kylie Minogue minęły (nie licząc w między czasie krążka świątecznego) cztery lata, a fani mniej lub bardziej cierpliwie czekali na wielki powrót artystki. Długa przerwa wydawnicza spowodowana była wieloma zawirowaniami zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym Kylie, co słychać na najnowszym longplayu “Golden”. Najnowsze wydawnictwo utrzymane jest w klimatach country popu, które jest czymś nowym dla fanów gwiazdy i niej samej. Czy Kylie podołała temu zadaniu i szczęśliwie dojechała na swoim “złotym” koniu, czy raczej z niego spadła? 

Na wielki powrót Kylie Minogue prawdopodobnie czekała duża część fanów muzyki popularnej. Australijska gwiazda po premierze albumu “Kiss Me Once” kazała czekać na jego następcę aż cztery lata. Najnowsze wydawnictwo “Golden” jest już czternastym (!) longplayem w karierze Australijki, którego promocja rozpoczęła się od wydanego w styczniu singla “Dancing” utrzymanego w elektropopowych klimatach mieszających się z muzyką country. Utwór szybko wzbudził zainteresowanie odbiorców ze względu na nieco inny styl i klimat w stosunku do poprzedniej twórczości Minogue. Sama piosenka jest idealną propozycją na okres wiosenny, a lekki i skoczny refren szybko wpada w ucho. Bardzo miło słucha się Kylie próbującej nowych brzmień i warto docenić próbę zaskoczenia słuchacza pomimo długiego już stażu w muzycznym show-biznesie. Jednakże czy całe wydawnictwo wokalistki tak samo zachwyca jak pierwsza jego zapowiedź?

Najnowszy album Kylie Minogue składa się z dwunastu standardowych kompozycji, które zostały wzbogacone o cztery dodatkowe piosenki na edycji deluxe. Cały krążek utrzymany jest sukcesywnie w klimatach country popu, który przedstawiony został w różnych ujęciach, m.in. łącząc go z brzmieniem disco, elektropopem czy wolniejszymi rytmami. Album jest niewątpliwie perełką w dyskografii Kylie, a ona sama podąża ścieżkami przetartymi przez jej koleżanki z branży. Fani dotychczasowej twórczości Australijskiej gwiazdy z pewnością będą też zaskoczeni warstwą liryczną, którą sama zainteresowana określiła jeszcze przed premierą wydawnictwa jako najbardziej prywatną i osobistą. Wokalistka poprzez teksty piosenek w prosty i nienachalny sposób opowiada słuchaczom co się u niej działo od ich ostatniego spotkania. Faktem jest, iż słuchając krążka wyczuć można szereg emocji, które zostały w kreatywny sposób przelane i są swego rodzaju katharsis dla artystki. Niektórzy mogą czuć się jednak zawiedzeni ogólnym brzmieniem albumu, które wyróżnia się kompozycjami podobnymi do hitów radiowych jak choćby DJ-a Avicii’ego i jego najpopularniejszego dzieła “Wake Me Up”. Cały krążek wypełniony jest wieloma kandydatami na przyszłe szlagiery grane wszędzie i ciągle, ale czy tędy droga? Trudno jasno orzec gdzie leży granica między sztuką, a kiczem oraz jak znaleźć złoty środek.

Najmocniejszymi i zarazem najprzyjemniejszymi dla mnie kompozycjami na nowym albumie Kylie są bez wątpienia takie utwory jak wspomniane wcześniej “Dancing”, nawiązujące do klimatów disco “Raining Glitter” oraz mój faworyt – “Live a Little”, który niepozornie rozpoczyna się sekwencją gitarową, aby w refrenie ruszyć z kopyta i zaskoczyć mocnym brzmieniem. Na dużą uwagę zasługuje również (niestety umieszczony na edycji deluxe) utwór “Lost Without You”, który brzmi nieco inaczej w stosunku do reszty piosenek jednocześnie pozostając z nimi w symbiozie. Sporym zaskoczeniem, których z bólem serca muszę stwierdzić brakuje na tym albumie, jest kompozycja “Low Blow” wyróżniająca się innym spojrzeniem na całą kulturę country, która mogłaby zagościć w zanadrzu muzycznym wokalistki Meghan Trainor. Na albumie “Golden” znajdziemy również, poza numerami z potańcówek, wolniejsze piosenki skupiające się na emocjach i przekazie lirycznym (np. “Sincerely Yours”), czy te bardziej minimalistyczne i gitarowe (“Radio On” czy “Music’s Too Sad Without You”).

Do największych grzechów wydawnictwa Australijskiej gwiazdy zaliczyć można z pewnością bardzo łatwo zauważalne podobieństwa w utworach. Takie kompozycje jak “Dancing” za chwile możemy porównać do kolejnych “Stop Me From Falling”“A Lifetime to Repair” czy wręcz identyczne “Rollin'”, które brzmią jak nieco zmienione wersje tego samego produktu. Jedne wolniejsze, inne bardziej dynamiczne czy skoczne, lecz na dłuższą metę bardzo przewidywalne i wtórne. Łatwo wyczuć słuchając krążka, za które kompozycje odpowiedzialni są poszczególni producenci co nie jest do końca winą samej artystki, ale osób odpowiedzialnych za produkcję i mastering. Psuje to jednak w efekcie radość ze słuchania i na dłuższą metę męczy. Odnieść można wrażenie, że wizja country, gitarowych przygrywek oraz dzikiego zachodu pochłonęła samą wokalistkę i nieco ją przytłoczyła. Momentów, które by zaskakiwały słuchacza i brzmiały nieco inaczej jest bardzo mało, a sam rozkład utworów i ustawiania podobnych brzmieniowo kompozycji obok siebie wyszło im tylko na złe. Poza wspomnianymi wcześniej siostrami “Dancing” najbardziej poszkodowanymi w moim mniemaniu są utwory “Shelby ’68” oraz “Radio On”, których zestawienie jedna po drugiej zaszkodziło im i sprawiło, że słuchacz może czuć się znużony – a szkoda! Obydwie piosenki lirycznie jak i muzycznie są naprawdę warte pochylenia się nad nimi i zasługują na więcej uwagi. Warto również wspomnieć o skocznej kompozycji “One Last Kiss”, która w punktach kulminacyjnych przypomina piosenkę brytyjskiej wokalistki Lily Allen z 2009 roku (“Not Fair”). Nie jest to odosobniony przypadek i na albumie znaleźć można kilka takich numerów, które właśnie brzmią jak kompozycje wydane wcześniej już przez innych artystów.

Najnowszy krążek Kylie Minogue pomimo jego mankamentów z pewnością warto przesłuchać i dać mu szansę, a prawdopodobnie każdy znajdzie na nim coś dla siebie. Artystka obecna jest na scenie muzycznej od ponad trzydziestu lat, a w swoim dorobku zdążyła przez ten czas skompletować najróżniejsze momenty swojego życia i emocje skryte w swojej twórczości artystycznej. “Golden” z pewnością jest ważnym elementem w tej układance, który w innej stylistyce niż dotychczas ukazuje zmiany w życiu wokalistki. Album jest jednym z najdojrzalszych w karierze artystki, który łączy cechy zabawy i szybkich rytmów z poważniejszą i prawdziwszą stroną liryczną. Krążek był bez wątpienia dla Australijki wyzwaniem, ale pędząc w rytmach country popu o zachodzie słońca niczym kowbojka na koniu na pewno z niego nie spadła… co najwyżej ją odrobinę zdominował i nie do końca zapanowała nad jego temperamentem.

(3/5)

Udostępnij na Google Plus