Guilty pleasure, czyli pięć albumów, które uwielbiamy, ale wstydzimy się przyznać!

Muzyka popularna jest bardzo rozmaita, a jej różnorodność jest aktualnie nieograniczona. Wszelkie gatunki oraz odłamy muzyczne sprawiają, że każdy znajdzie tam coś dla siebie, bez względu na płeć, wiek czy gust. Wszyscy mamy również swoich ulubionych artystów, piosenki oraz albumy, których możemy słuchać każdego dnia bez wytchnienia. Bardzo często jednak wstydzimy się swoich upodobań i raczej stronimy od dzielenia się tym z innymi.

Guilty pleasure można przetłumaczyć dosłownie na nasz język jako “grzeszną przyjemność”, pojęcie to jest używane w określeniu praktycznie wszystkiego z naszego kręgu zainteresowań  znalazło również swoje zastosowanie w muzyce. Każdy pasjonat muzyki ma swoje ulubione utwory ułożone w zmyślne playlisty, czy albumy które chłonie od początku do końca jak remedium na szarość życia codziennego. Nie zawsze jednak to co nam się podoba jest naszym świadomym wyborem, a piosenki czy wręcz całe krążki potrafią na długie miesiące utkwić nam w głowie i wesoło dźwięczeć w uszach nie dając spokoju. Nasz wewnętrzny natręt w końcu sprawia, że musimy go “zaakceptować”, a bardzo często ulegamy mu i nasz towarzysz muzyczny staje się w końcu przyjacielem. Problem pojawia się jednak, gdy wstydzimy się naszego ulubieńca i wolelibyśmy go ukryć przed całym światem, aby w samotności rozkoszować się kolejnymi jego elementami.

Z pewnością każdy z Was mógłby bez mrugnięcia okiem przytoczyć przynajmniej jeden przykład swojego guilty pleasure. Postanowiłem więc iść za ciosem, aby niczym jak Doda dokonać własnego katharsis i przedstawić Wam moją listę pięciu krążków, które sekretnie uwielbiam jednak wolałbym, aby nikt się tego nie dowiedział (ups?). Serdecznie zapraszam do lektury i wnoszę o nieosądzanie mojego gustu!

Brooke Hogan – “The Redemption”

Córka zapaśnika i gwiazdy tabloidów Hulka Hogana, Brooke Hogan i jej album “The Redemption” z 2009 roku to mój pierwszy grzech na liście krążków, które sekretnie uwielbiam, jednak wstydzę się do tego przyznać. Młoda Hogan swój debiut zaliczyła, jak to zwykle bywa w amerykańskim show-biznesie, wraz z rodziną jako gwiazda reality show “Hogan Knows Best” (Uparty jak Hogan). Szybka sława oraz otwarte drzwi do świata mediów sprawiły, że nie trzeba było długo czekać na muzyczne podrygi Brooke. Pierwszy singiel, pierwszy album, aż przyszedł czas na drugi krążek “The Redemption”, który bądź co bądź okazał się być niewypałem komercyjnym. Zbiór oklepanych, wtórnych i przestarzałych kompozycji, które jednak trafiły w moje serce i gust. Godne polecenia utwory to z pewnością sensualne “Strip”, bardzo emocjonalne i prywatne “Dear Mom”, czy przekalkowana z “Womanizera” Britney Spears kompozycja “Ruff Me Up”, w której na domiar złego usłyszymy również rapera Flo Ridę. Czy da się gorzej?

will.i.am – “#willpower”

Amerykański producent will.i.am, znany szerszej publice jako członek grupy The Black Eyed Peas, ma na swoim koncie również kilka mniej lub bardziej udanych projektów solowych. Jednym z nich jest krążek “#willpower” z 2013 roku, który odbił się echem w mediach głównie za sprawą kontrowersji związanych z bezprawnym użyciem przez will.i.am’a części utworu innego artysty (gratulacje!). Album pomimo sukcesu singli “Scream & Shout” z Britney Spears oraz “#thatPOWER” z udziałem Justina Biebera, nie był niestety hitem sprzedażowym, jak i nie zaskarbił sobie sympatii słuchaczy czy krytyków muzycznych. Krążek “#willpower” można opisać w kilku słowach jako komercyjny zbiór wszystkiego, co już słyszeliście w każdym mainstreamowym radiu okraszony końską dawką autotune’u. Dlatego też bardzo często chcąc, czy nie chcąc zaczynamy w końcu nucić te oklepane melodie i kiwać głową do elektronicznych podkładów. Moimi faworytami z albumu są niewątpliwie “Scream & Shout” z udziałem wspaniałej “brytyjskiej” wokalistki Britney, kompozycja “This Is Love” nagrana z Evą Simons czy trochę bardziej na serio, piosenka traktująca temat muzyki poważniej – “The World Is Crazy”.

Mandaryna – “AOK”

Kolejnym albumem, który jest moim guilty pleasure jest bez wątpienia “AOK” autorstwa Marty Wiśniewskiej, czyli Mandaryny. Mówiąc o Mandarynie oraz jej muzyce, wiele osób może jedynie kojarzyć przaśne numery okraszone kolorowymi teledyskami przywodzącymi na myśl dzisiejsze kompozycje disco polo czy sławetny występ w Sopocie, przez który wokalistka poniekąd zaprzepaściła swoje szanse na dalszą karierę w muzycznym show-biznesie. Na szczęście Marta nie poddała się i kilka lat później światło dziennie ujrzał krążek nagrany we współpracy z amerykańskimi producentami, którym bez wątpienia chciałaby się pochwalić w tamtych czasach niejedna śpiewająca celebrytka. Zaczynając od oprawy graficznej albumu, a kończąc na doskonałych elektronicznych produkcjach, krążek ten bez wątpienia mógłby odnieść sukces, gdyby nie przeszłość wokalistki. Wśród piosenek wyróżnić możemy takie perełki jak “High” przywodzące mi na myśl popularne w latach 00′ hity radiowe, które umilały każdą podróż, energetyczne “Love & Lemonade” czy tytułowa piosenka “AOK”, która jest najbardziej eksperymentalną i intrygującą kompozycją na krążku. No to co, znacie Ewry Najt?

Cascada – “Evacuate the Dancefloor”

Niemieckie trio Cascada, w którego skład wchodzi m.in. wokalistka Natalie Horler, lata świetności ma już za sobą, jednak wiele piosenek tej grupy nadal dosyć często gości w głośnikach niejednego fana muzyki pop. Muzyka tej europejskiej formacji głównie kojarzy mi się z późniejszymi latami gimnazjum i wszelkiego rodzaju wytworami muzyki eurodance, która królowała wtedy na listach przebojów. W radiach słyszeć można było na przemian gwiazdy takie jak Basshunter, Alcazar czy Pakito. Wracając jednak do albumu trio Cascada można się zastanowić co spowodowało, że jest na tej liście. Proste dudniące bity, większość utworów nagrana i odrysowana od jednego szablonu oraz zabójczo wpadające w ucho teksty to z pewnością zarówno zalety, jak i wady tego wydawnictwa. Krążek “Evacuate the Dancefloor” z 2009 roku był również pierwszym, który odchodził powoli od typowego dance’owego brzmienia grupy na rzecz bardzo popularnego wtedy electropopu. Prawdopodobnie dlatego też longplay ten znalazł się na mojej liście – nostalgia w połączeniu z energicznymi i wpadającymi w ucho utworami zrobiły swoje. Moimi ulubionymi piosenkami są tytułowe “Evacuate the Dancefloor”, energiczne “Fever” oraz chwytliwe “Dangerous”.

Ashley Tisdale – “Headstrong”

Ostatnią pozycją na mojej liście jest krążek “Headstrong” autorstwa aktorki i piosenkarki Ashley Tisdale, której kariera nabrała rozpędu dzięki udziałowi w jednej z największych produkcji Disneyowskich, “High School Musical”. Płynąc na fali popularności Tisdale oczywiście wykorzystała okazję na nagranie swojego debiutanckiego albumu muzycznego. Wydawnictwo utrzymane w popularnych na tamte czasy klimaty młodzieżowego popu w połączeniu z R&B i dance-popem komercyjnie poradziło sobie całkiem dobrze zarówno w samych Stanach, jak i na świecie. Album “Headstrong” wydany został w 2007 roku, a jego brzmienie można określić jako mniej dojrzałą i dopracowaną wersję takich klasyków jak choćby “In The Zone” Britney Spears. Dlaczego więc krążek ten znalazł się na mojej liście? Prawdopodobnie kolejny raz ze względu na nostalgię oraz idealne odzwierciedlenie brzmienia tamtych czasów, które określiłbym jako “muzyczne lata 2006-2007 w pigułce”.

Prawdopodobnie każdy z nas ma swoje własne albumy guilty pleasure, których się wstydzi lub raczej nie często publicznie okazuje im sympatię. Jestem jednak ciekaw jakie są Wasze typy i które krążki muzyki popularnej skrycie uwielbiacie!

gif
Zapraszam do dzielenia się swoimi przemyśleniami i opiniami!

Udostępnij na Google Plus