Taylor Swift – reputation [RECENZJA]

Nowy album Taylor Swift jest zdecydowanie jednym z tych, o których będzie się mówiło w aspektach komercyjnych. Przez najbliższy tydzień „reputation” będzie omawiany pod względem imponujących statystyk sprzedażowych. Amerykanka z miejsca została oceniona także przez przeróżnych ekspertów, badających to, co wynika z tekstów serwowanych w piosenkach. Odnoszę jednak wrażenie, iż właśnie to było zamysłem sztabu piosenkarki – dzięki czemu rzeczywiście Taylor wydaje się być ponad wszystko i wszystkich. Pytanie tylko, czy było to konieczne?

Muzyka Taylor Swift to moje „guilty pleasure”. Chyba tak mogę określić moje stosunki z wokalistką, choć do przyjemnych one raczej nie należą. Jaka Swift wydaje się być – tego udowadniać raczej nie trzeba. Przyznam się jednak, że jestem fanem jej „1989”. Krążek ten jest dobrze wyprodukowanym, wzorcowym i przebojowym materiałem pop, ale też lekkim i niczym nie zajmującym na dłuższą metę. Natomiast o ile poprzednika można nazwać zdrowszym i bardziej smakowitym fast-foodem, tak „reputation” wydaje się być… dużo bardziej złożonym daniem muzycznym. Ale po kolei.

Look What You Made Me Do to singiel o którym można powiedzieć wszystko i nic. Część z was potraktuje ten utwór jako nowy hymn upadłych. Część z kolei potraktuje piosenkę bardziej dosłownie i zinterpretuje jako żałosną próbę wywołania szumu wokół siebie poprzez rozbudzenie nie-takich-starych konfliktów. Jeszcze inni mogą wypomnieć podkład sprawiający wrażenie infantylnego. W ostatecznym rozrachunku mimo to przypadł mi do gustu i bez wyrzutów sumienia mogę nazwać go mocniejszym punktem na ocenianym przeze mnie podejściu szóstym, choć fragment o śmierci dawnej wersji siebie odbieram z lekkim zażenowaniem.

No właśnie… pojęcie „nowej Taylor” pojawia się przy kilku propozycjach. Jedną z nich jest otwierający album …Ready For It?, który może i brzmi jak „Bad Blood 3.0”, ale zachęcił mnie do ponad 55-minutowej przejażdżki – lecz po „End Game” mam ochotę z niej wysiąść. Po współpracy z Edem Sheeranem czy Futurem oczekiwałem bardziej udanego romansu z hip-hopem. Niemniej jednak gdy przeanalizujecie dokładnie tekst, dojdziecie do wniosku, iż dobór gości nie jest przypadkowy – Brytyjczyk dalej z powodzeniem podbija listy przebojów, a raper powoli dobija do wspominanej w utworze „A-Team”, zatem mamy rok 2017 pełną gębą. Z „End Game” kontrastuje najjaśniejszy punkt na “reputation“, czyli „I Did Something Bad”. Kompozycja zachwyca swoim eksperymentalnym, nieszablonowanym brzmieniem i agresją, której próżno szukać we wcześniejszych dokonaniach muzycznych Amerykanki. Chyba nie przesadzę jak powiem, że jest to najlepszy odcień popu serwowany przez Taylor.

Do mocniejszych epizodów mógłbym też zaliczyć taneczne „Dancing With Our Hands Tied”. Wprawdzie ludzie mogą pomyśleć, że gdzieś to już słyszeli, ale nocny klimat nagrania zdecydowanie przykuje uwagę zainteresowanych. „So It Goes…” z kolei charakteryzuje się dość marzycielską aranżacją pasującą do numerów Ellie Goulding sprzed pięciu lat… i to także kupuję. Niebanalnie pod względem tekstowym prezentuje się też „This Is Why We Can’t Have Nice Things” (choć wydaje się być nieco irytujący), Call It What You Want (przypominający „You Are In Love” z „1989”), oraz prześliczne „New Year’s Day”, w którym to dawno piosenkarka nie prezentowała się z tak kameralnej strony.

Reszta ma jeden bardzo poważny mankament. O ile doceniam spójność synth-popowych produkcji, to całość może się zlewać w jeden niekończący się utwór – dlatego zalecam przesłuchać je osobno. W ten sposób możecie docenić niesztampowe dźwięki zastosowane w „Don’t Blame Me” czy „King Of My Heart”. W tej części mamy także „Getaway Car” opowiadający ciekawą historię, zasługującą na teledysk – choć sama kompozycja nie jest pozbawiona schematyczności. Niestety, jakkolwiek bym się nie starał, nie jestem w stanie polubić pozostałych trzech piosenek. „Delicate” i „Dress” interpretuje jako odrzuty nagrane na potrzeby soundtracku do „Ciemniejszej strony Greya” (w którym to zresztą Taylor śpiewa), a Gorgeous z kolei zdaje się pełnić funkcję zbędnego wypełniacza.

Wnioski kończące recenzję są bardzo różne, więc skupię się na tych najważniejszych: „reputation” to jedna z tych płyt nie robiących dobrego wrażenia po pierwszym przesłuchaniu. Z każdym kolejnym odsłuchem na szczęście, piosenki zawarte na longplayu zyskują. Nie znaczy jednak, iż jest to krążek bez wad – duża część propozycji zlewa się ze sobą, w konsekwencji człowiek niewiele zapamiętuje przy pierwszych wrażeniach, mimo obecności kilku wzorcowych nagrań. Polemizowałbym także na temat autentyczności „nowej Taylor” – większość melodii zawartych na szóstym wydawnictwie wokalistki podważa jej istnienie. Tymczasem pod wielowarstwową otoczką marketingową dzisiejszej bohaterki kryje się kilka perełek, które naprawdę zasługują na Waszą uwagę. Choć nie przyćmią one słabszej reszty, znacznie podnosi poziom ocenianego krążka. Wprawdzie nie na tyle, bym słuchał albumu dekady, ale fragmenty przygotowanego materiału na “reputation” mi w zupełności wystarczają.

Kuba

Kuba

Muzyką interesuje się praktycznie od roku 2010. Wtedy też słuchałem tylko POPu. Dziś nie tylko doceniam inne gatunki muzyczne, ale też potrafię szczerze powiedzieć co jest dobre, a co złe.

Udostępnij na Google Plus