MaRina – On My Way [RECENZJA]

Jeśli jesteście na bieżąco z Pudelkiem, to z pewnością wiecie jak ostatnio wygląda sytuacja medialna Mariny Łuczenko-Szczęsnej. Dużo ludzi już zdążyło postawić jej wyrok ostateczny, choć album jeszcze nie ujrzał światła dziennego. Inni postanowili bronić ją za wszelką cenę, gubiąc przy tym często rachubę w swoich wypowiedziach. W takich sytuacjach pozostaje mi jedynie odrzucić opinie kolegów po fachu i sprawdzić, czy szum wokół płyty jest uzasadniony i rzeczywiście warto się zagłębić w ten krążek.

Mało kto już pamięta o „HardBeat” wydanym ponad sześć lat temu, który zresztą został z jakiegoś powodu wycofany z półek sklepowych (a szkoda, bo album wciąż brzmi świeżo!). Od tego czasu Dawid Podsiadło zdążył zadebiutować i awansować do ligi najbardziej wpływowych polskich artystów, a Ania Dąbrowska czy Sylwia Grzeszczak w tej wymienionej czołówce się utrzymać. Przerwa niestety zrobiła swoje – dziś ludzie częściej mówią o 28-latce w kontekście bycia żoną piłkarza czy przesadnego celebryctwa, a gdybym Was zapytał co o MaRinie sądzicie, zapewne większość pobawiłaby się w Mariah Carey i powiedziałaby “I don’t know her” (nawet współpraca z James Arthurem nie pomogła jej przy próbach nadszarpniętej pozycji marketingowej). Na „On My Way” piosenkarka zdaje się jednak przypominać słuchaczom kim tak naprawdę jest, a dalej przeczytacie czy rzeczywiście robi to skutecznie.

Zazwyczaj pisząc recenzje danych płyt staram się sprawdzić do jakich wniosków doszli inni. W przypadku „On My Way” mamy interesujący podział na takich, którzy mówią otwarcie, że nie będą tego słuchać, bo to przecież nie jest Mariną And The Diamonds oraz na takich, którzy rywalizują w utopijnych wręcz porównaniach do innych znanych i lubianych, by tylko za wszelką cenę uargumentować “zagraniczność” wydawnictwa. Ludzie, zejdźmy na ziemię. To, że materiał brzmi wysokobudżetowo wcale nie oznacza, że jest to album z zapożyczeniami od gwiazd pierwszoligowych – bo to właśnie traktowanie jako wielkiej sensacji psuje jego odbiór. Tytułowa kompozycja, o której pisaliśmy ponad rok temu, jest jaka jest. Będę szczery – gdy usłyszałem po premierze singla opinie typu „cudze chwalicie, swego nie znacie”, zastanawiałem się, czy to tylko ja jestem jakimś wyjątkiem, że chciałem ten utwór wyłączyć w połowie za każdym razem, gdy po niego sięgałem. Refren pozostawia wrażenie pewnego zgrzytu – wydaje mi się, że zabrakło na niego pomysłu i brzmi to trochę naciąganie. Cóż, jak to mówią – o gustach się po prostu nie dyskutuje – inni to kupują, ja zdecydowanie nie. Troszkę lepiej wygląda sytuacja z kolejnymi singlami promocyjnymi – niestety, zarówno „Takin’ Ya Rock Out” jak i „Hiding In The Water” nie podobają mi się tak, jakbym tego chciał. Teoretycznie nie można im nic zarzucić – wszystko się zgadza – jednak brakuje mi mimo to minimalnej nuty wyrazistości, która by mnie przyciągnęła na dłużej.

Przyznaję, że słuchając “On My Way” znalazłem parę momentów, które mnie na dłużej zatrzymały, choć nie potrafię dokładnie określić dlaczego. Tak jest między innymi z propozycją „Sin”. Nie do końca wprawdzie jestem przekonany do tanecznego podkładu, ale to właśnie seksowny głos wokalistki zdaje się podnosić wartość utworu. To samo się tyczy zarówno „Lay My Body Down”, jak i kończącego krążek „Complete”. „I Do” to z kolei piosenka, która wydaje się być po pierwszym przesłuchaniu kolejną zapchajdziurą, ale po piątym, czy dziesiątym razie jej spokój wybija się ponad średnią. Ze wszystkich propozycji jednakże to numer „How Dare You” zachwycił mnie najbardziej. Podoba mi się jego złożoność, która, jak na moje ucho, nie jest na szczęście przesadzona. A reszta? Takie tytuły jak „M.I.A.” czy „Flesh And Bone” traktuje jako nagrania, które po prostu… są. Tyle i aż tyle.

Ten materiał rzeczywiście brzmi niebanalnie i interesująco, mając na uwadze kondycje polskiego popu, który ostatnio i tak przeżywa swój renesans. Początkowo bardzo sceptycznie podchodziłem do poczynań wokalistki, ale przy trzecim, czy czwartym podejściu oceniany krążek naprawdę dużo zyskuje.  „On My Way” jednak, w przeciwieństwie do „Pióropuszy” bądź „Discordii”, ze względu na inspiracje brytyjskim mainstreamem, prawdopodobnie po prostu się u nas nie przyjmie. Podobnie zresztą jak „Monkey BusinessMargaret, z małym zastrzeżeniem, iż Łuczenko-Szczęsna przynajmniej nie stara się ślepo podążać za trendami, jak to zrobiła konkurentka. Cóż, traktowałbym po prostu dzisiejszą pozycję wydawniczą jako ciekawostkę i bez żadnych oczekiwań wobec tego, co otrzymamy, sięgnęli po dzisiejszego bohatera. Ja tak postąpiłem i nie tylko rozszerzyłem swoją wiedzę muzyczną o kolejną pozycję wydawniczą, ale znalazłem także parę numerów, których od czasu do czasu z pewnością będę słuchać. Nie zmienia to faktu, iż będę od MaRiny wymagać więcej i więcej – bo wydaje mi się, że w jej przypadku jeszcze nie wszystko jest stracone i kibicuję jej mocno, by jej kariera powróciła na właściwy tor. Bo czemu nie?

Kuba

Kuba

Muzyką interesuje się praktycznie od roku 2010. Wtedy też słuchałem tylko POPu. Dziś nie tylko doceniam inne gatunki muzyczne, ale też potrafię szczerze powiedzieć co jest dobre, a co złe.

Udostępnij na Google Plus