Loreen – Ride [RECENZJA]

W swoich tekstach wielokrotnie powtarzałem fakt, iż lubię, gdy dany artysta postanowi zaryzykować, prezentując na swoich nowych płytach materiał zupełnie odmienny od wcześniejszych dokonań. W obecnym roku także mieliśmy do czynienia z takimi krążkami, jednak co by tu dużo mówić – przemiana muzyczna jaką przeszła dzisiejsza bohaterka to kolejny taki przypadek. Przypadek zdecydowanie warty odnotowania w naszej wiedzy muzycznej.

Podejść do drugiego albumu Loreen miała przynajmniej trzy: pierwsza z nich skończyła się kompletnym fiaskiem, druga z kolei porażką w preselekcjach eurowizyjnych, jeszcze inna z kolei wydaniem ledwo 3-trackowej EP-ki „Nude”. Fani piosenkarki zatem poczuli mniej więcej to samo co fani Rihanny w 2015 roku: wielkie oburzenie, że pomimo nowości muzycznych wciąż konkrety dotyczące nadchodzącego longplayu były jedną, wielką niewiadomą – z tą różnicą jednak, iż Barbadoska w końcu zaprezentowała fanom „ANTI”, a na „Ride” słuchacze Szwedki musieli czekać dodatkowe dwa lata, nadwyrężając przy tym swoją cierpliwość do granic możliwości. Niestety, dzisiejsza pozycja wydawnicza też może ich nie zadowolić do końca… choć równie dobrze może być też dokładnie odwrotnie.

Z tego co zdążyłem zauważyć, to podstawowym zarzutem stawianym przez innych jest ilość piosenek zawartych na płycie. Dla przykładu – MaRina wydała niedawno blisko 34-minutowy materiał i jakoś nikt do niej nie ma pretensji, że te dziesięć nagrań tak szybko się kończą. Tym bardziej dziwią mnie takie oskarżenia stawiane wobec Loreen – nie dość, że album jest dużo dłuższy, to jeszcze wskazałbym go jako jedną z najciekawszych tegorocznych pozycji wydawniczych. Cóż, gdybym przewidział, że za pięć lat wokalistka porzuci EDM-owe klimaty na rzecz inspiracji twórczością Lykke Li to zostałbym teraz milionerem.

Singlowe „’71 Charger” to udana podróż po alternatywnym popie – przeważa w nim klimat, którego na próżno szukać w „Heal”. Zadziwia mnie jednak zaprezentowanie „Hate the Way I Love You” jako kolejny przedsmak ocenianego materiału. Choć nie potrafię mu odmówić pewnego uroku, musiałem się do niego długo przekonywać – po pierwszym odsłuchu numer wydawał się być kompletnie bezbarwnym nagraniem, który równie dobrze mógł w ogóle nie być zarejestrowany. Utwór ten jednak odsłania pewną rzecz dotyczącą „Ride” – to jest zestaw kompozycji, który (w przeciwieństwie do chociażby reputationTaylor Swift) wręcz wypada przesłuchać od A do Z, bo tylko wtedy słuchacz doceni jego możliwości i fakt, iż jest to przedstawienie pewnej artystycznej wizji, a nie tylko chęć zysku jako piosenkarka.

Inną interesującą cechą krążka jest jego spójność, która momentami ociera się wręcz o jego równość. Z każdego numeru wybija się naprzód pewna magia, która na swój sposób zachęciła mnie do odkrywania albumu na nowo. Na przykład taki „Dreams” daje nam jasno do zrozumienia, iż to nie będzie krążek z piosenkami do podeptania nóżką przy pokonywaniu codziennych dystansów metrem warszawskim. Marzycielski, rockowy kunszt został wykorzystany także w propozycji tytułowej oraz „I Go Ego”, zaś w „Heart on Hold” gitara elektryczna czyni z nagrania najbardziej dynamicznym momentem na krążku. Z kolei „Fire Blue” spokojnie mógłby się odnaleźć na wydanym w 2014 roku „UltraviolenceLany Del Rey. Pozostałe trzy piosenki mają podbicie lekko orkiestralne – i to właśnie one są moimi ulubionymi punktami na ponad 46-minutowej przejażdżce. Jednak o ile „Jupiter Drive” jest delikatnie ubarwione elektroniką, tak w „Love Me America” mamy całą gamę przeróżnych instrumentów, poczynając od trąbek czy klarnetu, kończąc na bogatych aranżacjach skrzypcowych, czy nawet perkusyjnych. Kończący płytę „’71 Charger (Strings Bonus Track)” to encyklopedyczny przykład na to, jak powinno się tworzyć nowe wersje utworów. O ile oryginał jedynie zachwyca swoim klimatem, tak wersja symfoniczna potęguje nastrój przygnębienia, nadając piosence zupełnie innego wymiaru, czego nie robi większości akustycznych wersji.

Trzy powody, dlaczego warto sięgnąć po „Ride”? Po pierwsze – klimat. Idealny na jesienno-zimową aurę, który z powodzeniem zastąpi wakacyjne pozycje albumowe jak „Harry Styles” czy „Younger NowMiley Cyrus. Po drugie – wysoki poziom nagrań na nim zawartych. Brak chwytliwych hooków, dużo więcej nieoczywistych brzmień. I w końcu najmocniejszy argument – postęp. W przypadku Beyoncé, Lady Gagi, Keshy czy Kelly Clarkson przypuszczałem, że one pokażą światu coś zupełnie różnego od ich wcześniejszych dokonań. Od Loreen tego w ogóle nie oczekiwałem – co więcej – nie czekałem na nią, jak to miało miejsce w przypadku chociażby „ANTI”. Śmiem teraz przypuszczać, że nie jest to tylko największe zaskoczenie tego roku, co wręcz pierwsza płyta od czasu wydania „Miley Cyrus and Her Dead Petz”, która może w ogóle się z nią równać w kwestii dokonanego ogromnego skoku naprzód. Czapki z głów – bo co jak co, ale mnie ciężko wprowadzić w bezkrytyczny zachwyt.

(4,5/5)

 

Kuba

Kuba

Muzyką interesuje się praktycznie od roku 2010. Wtedy też słuchałem tylko POPu. Dziś nie tylko doceniam inne gatunki muzyczne, ale też potrafię szczerze powiedzieć co jest dobre, a co złe.

Udostępnij na Google Plus