Natalia Nykiel – Discordia [RECENZJA]

Przyznać się – kto wątpił w nadejście drugiego albumu? Małym falstartem była premiera singla „Error”, który zapowiadał wówczas edycję DVD debiutanckiego krążka (będącą de facto reedycją reedycji). Nawet wydanie utworu „Spokój” nie dawało nam gwarancji, czy piosenkarka zaczęła zupełnie nowy rozdział, czy może jednak przygotowywała się do zaprezentowania „Lupus Electro: Podejście Czwarte”. Dziś odpowiedź staje się jasna – „Discordia” już się prezentuje na półkach sklepowych, a my możemy w końcu powiedzieć czy długi okres oczekiwania został fanom odpowiednio wynagrodzony.

Umówmy się – od niej oczekujemy dużo. Nie do końca przewidzieliśmy, z jaką łatwością Natalia Nykiel przebije się do pierwszej ligi polskich artystów mainstreamowych, w związku z czym nic dziwnego, iż domagamy się odpowiedzi, czy aktualna jej pozycja marketingowa będzie tylko chwilowym zjawiskiem, czy jednak dalej utrzyma się w czołówce. W kontekście artystki nieśmiało nazywanej nadzieją rodzinnego rynku dodatkowo wymaga się, by oceniany dziś album był równie dobry co debiut (który umówmy się, podniósł poprzeczkę bardzo wysoko), a nawet jeszcze lepszy. Zadanie te było trudne do zrealizowania, ale spieszę poinformować was, iż Natalii się to udało.

Gdybym jednym zdaniem miał opisać zawartość „Discordii” to powiedziałbym, że jest to płyta gdzie dobre, popowe produkcje są zabarwione alternatywną nutą. Współpraca z wieloma twórcami muzyki alternatywnej (m.in. Podsiadło, Marcell, Durski, Peszek) musiała się tak skończyć. Od razu uprzedzam – singlowy „Spokój” zdecydowanie nie odzwierciedla zawartości krążka. Numer traktuję jako przyjemny i konkretny celownik w polski mainstream. Tyle i aż tyle. Tak jak „Bądź Duży”, czy „Error”, tak i „Spokój” sprawdzi się na klubowych parkietach, co nie jest niczym nowym w przypadku mieszkanki Mazur. Kokosanki – drugi typ wytwórni na promocję „Discordii”, podobnie jak „Spokój” porwałby do tańca niejednego, ale jak już zdążyłem zauważyć, propozycja zbiera mieszane uczucia. Na tle poprzednika numer wydaje się być bardziej eksperymentalny, alternatywny. Czy tak czasem nie było właśnie z ostatnią twórczością Reni Jusis? Utwory brzmiące konkretnie, nie powielające utartych schematów stanowiły siłę albumu „BANG!”. U Natalii jest praktycznie tak samo.

Wspomniana wcześniej Reni mogłaby bez problemu zaadaptować otwierający krążek „Falę”. Lepszego otwarcia piosenkarka po prostu mieć nie mogła – krzykliwy refren sugeruje, iż na albumie znajdziemy mnóstwo psychodelicznych dźwięków, do których przeciętny Kowalski z pewnością nie jest przyzwyczajony. Na przykład taki „Total Błękit” – chyba najmocniejsza pozycja na płycie, uwielbiam w nim budujący nastrój niepokoju, który w ostatecznym rozrachunku po prostu uzależnia. Do innych kompozycji, które mógłbym określić słowem „uzależniające” to anglojęzyczny „Riki Tiki” (ten bridge!), „Stamina” (świetny kontrast między wolniejszymi zwrotkami, a dużo żywszym refrenem) oraz zachwycająca nocnym klimatem ballada „Pokój 5”. Dla takich propozycji mógłbym poczekać i dodatkowe dwa lata.

Reszta tytułów? Poza „Pokój 5” mamy jeszcze dwa spokojniejsze nagrania. Zarówno „Przeddzień” czy Post nie zachwycają tak bardzo jak wcześniej wspomniana piosenka, ale punktują tym, iż nie brzmią one banalnie. Z kolei „I’m Fine” spokojnie mogłaby wykonywać Justyna Święs z The Dumplings – ale akurat tutaj niektórym może się nasuwać pytanie, czy robienie z tej propozycji duetu rzeczywiście byłoby dobrym pomysłem. Propozycja kończąca edycję standardową zatytułowana „Give Me Some More” może z jednej strony zostać określona najbardziej nieschematycznym numerem, a z drugiej wręcz kompletnym niewypałem. Jego budowa tworząca mylne wrażenie, że słuchamy wczesnego dema może być dla niektórych trudna do zaakceptowania. W przypadku Nykiel nie ma po prostu miejsca na niedopracowane kompozycje.

Jak z kolei wypadają piosenki bonusowe na tle reszty? Pełnią taką funkcję, jaką mają dodatki z edycji rozszerzonej – zachęcają klienta do nabycia pełniejszej wersji Discordii. „Odbicie” widziałbym bez wątpienia jako któryś z kolejnych singli promujących album. W „Nadmiarze” wbrew pozorom zastosowano oszczędniejsze aranżacje, przez co można go opisać takimi przymiotnikami jak „marzycielski” czy wręcz „delikatny”. „The Lovers” z kolei charakteryzuje się produkcją na światowym poziomie i mógłby on bez problemu podbijać najważniejsze notowania europejskie, czy nawet Billboard Hot 100.

Przyznam się Wam, że po przesłuchaniu premierowego albumu Natalii w 2014 roku czułem się dumny, że tacy wykonawcy jak ona nagrali właśnie taką, a nie inną płytę. W tym roku pierwszy taki przypadek odnotowałem na jej kolejnym krążku. Szukałem uzasadnienia, czy przypadkiem nie oszalałem, bo długo nie mogłem wyjść z podziwu, iż „Discordia” tak bardzo mi się podoba. Nie, nie oszalałem. To jest po prostu świetny album. W porównaniu do „Lupus Electro” wszystko tam brzmi bardziej. Muzyka jest bardziej wyspecjalizowana, a całość jeszcze bardziej uzależnia i zachwyca swoim niekonwencjonalnym podejściem do muzyki pop. Natalia tym samym jawi się jako artystka z krwi i kości, która jak nigdy wcześniej nie boi się nowych wyzwań i doskonale wie, jak ma brzmieć to, co serwuje słuchaczom, dopieszczając każdy szczegół. Polski album roku? Więcej, „Discordia” ma dużą szansę zrewolucjonizować rodzimy przemysł muzyczny i wyznaczyć nowe trendy na najbliższe miesiące (jak nie lata), czego jej serdecznie życzę. Bo co jak co, ale takich wykonawców jak Nykiel po prostu brakuje.

(4,5/5)

Kuba

Kuba

Muzyką interesuje się praktycznie od roku 2010. Wtedy też słuchałem tylko POPu. Dziś nie tylko doceniam inne gatunki muzyczne, ale też potrafię szczerze powiedzieć co jest dobre, a co złe.

Udostępnij na Google Plus