Kelly Clarkson – Meaning Of Life [RECENZJA]

Kelly Clarkson zadebiutowała w 2002 roku podwójnym singlem “Before Your Love”/”A Moment Like This”, który dotarł do pierwszego miejsca Billboard Hot 100. Artystka, która szturmem zdobyła serca widzów American Idol, ma za sobą już 15-letnią karierę, w trakcie której wydała siedem albumów. Teraz Kelly postanowiła pokazać nam nową siebie, a to za sprawą ósmego już longplayu zatytułowanego „Meaning Of Life”. Z kolejnym krążkiem idą nie tylko nowe brzmienia, lecz również zmiana wytwórni – artystka, która do tej pory nagrywała dla RCA Records, przeszła do wytwórni Atlantic, co pozwoliło jej rozwinąć skrzydła. Czy zatem Kelly udało się znaleźć „znaczenie życia”?

Płytę rozpoczyna intro zatytułowane „A Minute”, które stanowi mocną deklarację tego, co nas czeka dalej. W trwającym minutę utworze, artystka proklamuje swoją potrzebę do wyrażania własnego zdania, jak również do swojej przestrzeni osobistej i twórczej. Całość naprowadza słuchacza na stwierdzenie, iż na tym krążku usłyszymy wyzwoloną Kelly, która znajdujące się na nim kompozycje stworzyła zgodnie z własną wizją. Wydaje się, iż dokładnie tak się stało.
Fani piosenkarki, przyzwyczajeni do brzmień bardziej pop-rockowych, mogli być trochę zaskoczeni pierwszym singlem promującym najnowsze wydawnictwo. W budzącej skojarzenia z utworami Meghan Trainor czy z „Candyman” Christiny Aguilery piosence „Love So Soft”, Kelly postanowiła postawić nie na gitarę elektryczną, a na instrumenty dęte. Zabieg ten pozwolił wmieszać w ten popowy utwór elementy muzyki r’n’b oraz soul i jest to moim zdaniem eksperyment udany, a zapętlający się prosty refren uzależnia i zmusza do śpiewania razem z nią.

Pierwszy singiel z „Meaning of Life” wyznacza dalszy kierunek płyty. Krążek jest nieco lżejszy niż poprzednie wydawnictwa artystki, przy czym w praktycznie każdym utworze możemy doszukać się inspiracji muzyką soul czy r’n’b, a nawet gospel. W tle towarzyszą nam często instrumenty dęte, chóry czy odgłosy uderzających o siebie dłoni. Poza intro i pierwszym singlem na płycie usłyszymy jeszcze dwanaście innych utworów, w większości będących balladami i utworami mid-tempo. Zdecydowanie silnym punktem albumu jest tytułowa kompozycja „Meaning of Life” napisana przez Jamesa Morrisona, Ilsey Juber i producenta Shatkina. W balladzie tej wokalistka poszukuje znaczenia życia, które okazuje się znaleźć w miłości i swoim ukochanym. Mimo, iż brzmi to jak dosyć oklepany już schemat utworów o szczęśliwym zakochaniu, całość hipnotyzuje i sprawia, iż chce się jej słuchać w zapętleniu.

W podobnym klimacie utrzymane jest „Move You”, w którym Kelly opowiada o sile swojego uczucia. Kolejnym utworem wartym uwagi jest również „Medicine”, którego nieco nijakie zwrotki urozmaica pełen energii, porywający refren. Po przesłuchaniu tej piosenki odczuwa się jednak lekki niedosyt. Zdecydowanie odświeżającym brzmienie albumu jest numer „Would You Call That Love”, wyprodukowany przez Grega Kurstina, który odpowiadał w większości za brzmienie poprzedniego krążka Kelly – „Piece By Piece”. W balladzie tej artystka nieco odchodzi od soulu i r’n’b na rzecz nowoczesnego popu. Zamykający krążek utwór „Go High” jest nieco eksperymentalnym miszmaszem wszystkich brzmień, które możemy usłyszeć na albumie. Mimo to mieszanka ta stanowi mocny punkt wyjścia i jest jedną z perełek wydawnictwa, jak również materiałem na przyszły singiel.

„Meaning of Life” jest albumem bardzo spójnym, co poniekąd stanowi jego wadę. Swoim nowym brzmieniem Kelly hipnotyzuje słuchacza, lecz w pewnym momencie wydaje się być ono również nieco męczące. Kurczliwie trzymając się ballad i piosenek mid-tempo, utrzymanych w bardzo podobnym klimacie, Kelly strzeliła sobie w kolano. Na krążku brakuje po prostu mocnego uderzenia – piosenki, do której chciałoby się skakać, tańczyć i szaleć, jak to miało miejsce chociażby w przypadku jednego z jej największych hitów „What Doesn’t Kill You Makes You Stronger”. Zestawienie ze sobą tak dużej ilości ballad opartych przede wszystkim na pianinie, zwłaszcza w drugiej połowie płyty, może nieco odstraszyć niektórych słuchaczy.

Album „Meaning of Life”, będący ważnym krokiem w karierze Kelly Clarkson, stanowi swego rodzaju deklarację artystki, pełną utworów o miłości i spokojnych brzmień. Jest to przede wszystkim własna wizja Kelly na siebie, do której pragnie przekonać swoich fanów i nowych słuchaczy. Wplecenie nurtów r’n’b i soul w popowe utwory wyszło artystce zaskakująco dobrze i, o ile ktoś nie jest przerażony morzem ballad, jest to album zdecydowanie godny przesłuchania. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że wśród czternastu kompozycji przedstawionych przez Clarkson na swoim nowym longplayu, brakuje choć jednej piosenki, którą na stałe włączyłbym do swojej playlisty.

(3.5/5)

Udostępnij na Google Plus