Kesha - Rainbow album cover

Kesha – Rainbow [RECENZJA]

Historia Keshy jest jedną z takich, których nie trzeba przypominać. Wszyscy wiemy co się działo, wszyscy wiemy, jak to się skończyło. Nic więc dziwnego, iż batalia sądowa miała znaczący wpływ na ostateczny kształt Rainbow.

Co by tu dużo mówić, wokalistka poszła na całość. O ile na Warrior obok (dobrych nawiasem mówiąc) piosenek w stylu EDM zaprezentowała część balladowo-rockową, tak na ocenianym dzisiaj krążku kontynuowała alternatywny motyw, niemal całkowicie porzucając elektronikę, z którą kiedyś była związana. Do tego zapożyczenia z country czy z garażowego rocka. Mieszanina może i zabójcza, ale też i zaskakująca.

Już po pierwszych czterech piosenkach można odnieść wrażenie, iż „dla każdego, coś dobrego”. Otwierająca wydawnictwo kompozycja Bastards osadzona w klimatach country wyraźnie jednak wskazuje na zmiany, jakie zaszły w życiu bohaterki, (sugerując tym samym, że nie będzie to płyta dla wszystkich). Następny numer Let ‘em Talk z gościnnym udziałem zespołu Eagles of Death Metal spodoba się z pewnością fanom Dirty Love. Mamy też mocny manifest feminizmu w Woman (feat. The Dap-Kings Horns) oraz wymowny w nazwie Hymn. Ostatni tytuł jest jedną z nielicznych pozostałości z czasów debiutującej wokalistki – jednak i on jest odpowiednio stonowany, by specjalnie nie zaburzać spójności Rainbow.

Ciekawie się przedstawia Hunt You Down, przewodzącą mi na myśl… klimat utworów zaprezentowanych na wspólnym albumie Norah Jones i piosenkarza zespołu Green DayBillie Joe Armstronga na Foreverly. Do swoich ulubieńców mógłbym też dopisać Old Flames (Can’t Hold a Candle to You) z Dolly Parton, singlowe Praying, nieco żywsze i tryskające pozytywną energią Learn to Let Go czy… EDM-owe Boots. Tak, Boots. Swego czasu bawił mnie fakt, iż ten numer fani uważają za najlepszy z albumu, jednak jakby nie patrzeć, Kesha nawet teraz jest świetną prekursorką tego gatunku, udowadniając, że można nagrywać przyjemne, taneczne kawałki, zostawiając twórczość m.in. The Chainsmokers daleko w tyle.

Pozostałe propozycje, to kompozycje dobre. Boogie Feet (ponownie z gościnnym udziałem Eagles of Death Metal) to kolejna, interesująca odsłona garażowego rocka, w którym to piosenkarka wypada zaskakująco naturalnie. Finding You, czy kończące krążek tytuły Godzilla bądź Spaceship nadają Rainbow spokojniejszego i nieco refleksyjnego charakteru. Jedynie tytułowe Rainbow mógłbym uznać za słabszy punkt – ta ballada akustyczna okraszona pianinem ginie na tle wyrazistej reszty.

Chyba mało kto się spodziewał, że po tylu latach Kesha dalej będzie serwować nam głównie hity pokroju TiK ToK czy We R Who We R. Muzyka Amerykanki ewoluowała, a sama piosenkarka wypada jeszcze bardziej autentycznie niż wcześniej. Ten, kto mnie zna, dobrze wie, że wykonawca podejmujący pewne ryzyko artystyczne punktuje samym faktem, że tego dokonał. Szczególnym uznaniem darzę wokalistów popowych, którzy podążają tą drogą. Ponadto propozycje serwowane na Rainbow są może i trudne w odbiorze, ale bardzo przyjemne. Czasem nostalgiczne, czasem poprawiające humor, a już na pewno brzmią konkretnie i odświeżają aktualną scenę muzyczną. Jeden z najmocniejszych powrotów w tym roku – kto wie, czy nie najmocniejszy.

Web Cams Sex
JZet

JZet

Muzyką interesuje się praktycznie od roku 2010. Wtedy też słuchałem tylko POPu. Dziś nie tylko doceniam inne gatunki muzyczne, ale też potrafię szczerze powiedzieć co jest dobre, a co złe.

Udostępnij na Google Plus

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *