Katy Perry – Witness [RECENZJA]

Przez ostatnie cztery lata dużo się działo w muzyce pop. Rihanna przestała bawić się w rokrocznie wydawane albumy, by potem zaskoczyć Rihanna Navy najlepszym krążkiem w swojej karierze. Miley Cyrus z kolei schowała swój język i także zaskoczyła swoich fanów alternatywnym brzmieniem na „Miley Cyrus and Her Dead Petz”. Lady Gaga zdążyła trzykrotnie zmienić swój wizerunek, a Taylor Swift umocnić swoją pozycję na tyle, by zostać nową księżniczką pop. KatyCats na jakąkolwiek zmianę oblicza Katy Perry musieli czekać bardzo długo… i w końcu ona następuje.

W zasadzie to nie do końca można było być pewnym, co na „Witness” otrzymamy. Każdy singiel wypuszczony przed premierą to w zasadzie inna bajka. „Chained To The Rhythm”, inspirowany disco, może i brzmi nieco głupawo, ale tekst posiadający polityczny wydźwięk pokazuje, iż nie do końca mamy do czynienia z Kaśką z ery „Prism”. Z kolei „Bon Appetit” pogrzebał dobre wrażenie, które Perry zdołała wywrzeć pierwszym singlem. Ot, brzmiący wakacyjnie numer lekko trącący banałem. Do tego obecność viralowych Amerykanów z trio Migos mocno ciągnie wartość tego utworu w dół. Jeszcze inna propozycja – „Swish Swish” – to klubowy pewniak, sprawdzający się na klubowych parkietach. Dodajmy do tego jeszcze okładkę albumu adresowaną raczej do fanów M.I.A, aniżeli do KatyCats – mamy zatem kompletny misz masz. Jest jednak jedna dobra wiadomość – album jest stosunkowo spójny i nie ma tam „wszystkiego i niczego”.

Początek ocenianego krążka jest kapitalny – tak dobrze u niej jeszcze nie było. Spokojny, ale jednocześnie osadzony w nocnych klimatach utwór tytułowy to zdecydowany krok naprzód w dyskografii Hudson. Na uwagę zwracają szczególnie pre-chorus wzbogacane o elementy electro, budujące niepokój. Następna kompozycja – „Hey Hey Hey” – potęguje mroczny nastrój jeszcze bardziej, czyniąc go najbardziej uzależniającą propozycją na „Witness”. Fani naprawdę długo musieli czekać, aż piosenkarka zacznie kontynuować dark-popowy motyw zaczęty na „E.T.” z „Teenage Dream”. Podczas nocnych wojaży (poza „Swish Swish”) sprawdziłby się także „Power”, czy „Tsunami”. O ile pierwszy tytuł współtworzony z ubiegłorocznym zwycięzcą BBC Sound OffJackiem Garrattem – może wydawać się niektórym przekombinowany (dla mnie taki nie jest), tak „Tsunami” obstawiałbym jako najlepszy utwór Amerykanki w swojej karierze. Piosenka, którą wyprodukował Mike Will Made It nie jest na szczęście kolejnym urbanowym szlagierem – jest to raczej ukłon w stronę twórczości wykonawców psychodelicznego rocka. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby następny album Hudson poszedłby w tym kierunku muzycznym.

Witness” to jednak nie tylko kompozycje podchodzące (bardziej, bądź mniej) pod dark-pop. Na krążku mamy też multum nawiązań do czasów świetności disco czy nawet gospel – i co więcej – każdy z nich stawia wokalistkę w dużo korzystnym świetle. Na przykład takie „Roulette” – jeden z najjaśniejszych punktów na badanym wydawnictwie, zawdzięczający swoją pozycję inspiracją europejskim synth-popem – i co lepsze – nie brzmi jak typowa produkcja kolaboracji Maxa Martina i Shellbacka (co może ucieszyć innych, jeśli przejedli się produkcjami przypominającymi kopiuj wklej albumu „1989Taylor Swift). Równie chwytliwe wydaje się być „Bigger Than Me” – choć tutaj przyznaję – prędzej bym się spodziewał propozycji przypominającej muzycznie „American LifeMadonny, mając na uwadze tekst inspirowany wygraną Trumpa w wyborach prezydenckich Stanów Zjednoczonych. Z kolei po „Deja Vu” nie spodziewałem się kompletnie niczego – a tymczasem uzyskaliśmy kolejny przyjemny taneczny numer, który nie razi swoją monotonnością. „Pendulum” to pewniak na hit w Stanach. Gospelowe brzmienie, oprawione we współczesne możliwości muzyczne zawsze znajdzie nowych fanów – szczególnie na Zachodzie, skąd zresztą ten gatunek muzyczny pochodzi.

Album posiada jednak kilka poważnych mankamentów. O ile „Miss You More” pięknie by lśnił na „Prism”, tak tutaj ginie w tłumie. „Save As Draft” to z kolei popowa wersja „Angel DownLady Gagi, która w pewnym momencie brzmi jak typowy numer eurowizyjny. O ile wcześniejsze utwory da się polubić, tak umieszczenie „Mind Maze” na płycie – a raczej to, jak potraktowano ten numer w refrenie – traktuję jako słaby żart. Początek kojarzy mi się z twórczością Tove Lo za czasów płyty „Queen of the Clouds”, natomiast poziom autotune’a zawarty w punkcie kulminacyjnym nawet nie zadziwia, co wręcz wywołuje zawód. „Into Me You See” też nie grzeszy oryginalnością. Kolejny raz Katy zamyka swój krążek klasyczną balladą zagraną na pianinie. Jednak o ile „Not Like The Movies” z „Teenage Dream” czy „By the Grace of God” wywołują u mnie odpowiednie emocje, tak wobec „Into Me You See” przechodzę całkowicie obojętnie. Szkoda.

Ten moment kiedyś musiał nadejść. Myślę, że przez te siedem lat od wydania „Teenage Dream” fani sporo podrośli i nie będą wiecznie słuchać radosnych pioseneczek o niczym. Tak też właśnie się dzieje: wokalistka WRESZCIE zrywa z wizerunkiem cukierkowej dziewczyny na rzecz śmiałych deklaracji muzycznych. Jednak o ile wszyscy oczekiwaliśmy kompletnie nowego etapu w dyskografii Perry, tak „Witness” jest jedynie jego zwiastunem. Wprawdzie oceniany przeze mnie materiał jest jej najlepszym krążkiem (niezaprzeczalnie!) – ale zważywszy na dokonania innych, czuję pewien niedosyt. Katy potrzebowała prawie dekady by dokonać tego, co zrobiła Ariana Grande w przeciągu zaledwie trzech lat – wydać wzorcowy, popowy album, którego nikt nie będzie się wstydzł słuchać. Szkoda tylko, że inni w tym okresie czasu, czy nawet krótszym, zdążyli zaprezentować muzycznie ciekawsze, bądź lepsze rzeczy. I właśnie to mnie boli najbardziej – cokolwiek by Hudson nie wydała, ma sporo do nadrobienia. „Witness” jednak daje nadzieję na świetlaną przyszłość głównej bohaterki – w co głęboko wierzę.

Web Cams Sex
Kuba

Kuba

Muzyką interesuje się praktycznie od roku 2010. Wtedy też słuchałem tylko POPu. Dziś nie tylko doceniam inne gatunki muzyczne, ale też potrafię szczerze powiedzieć co jest dobre, a co złe.

Udostępnij na Google Plus