Halsey – hopeless fountain kingdom [RECENZJA]

Sukcesy w serwisie YouTube, występy u boku Justina Biebera, pierwsza płyta, a niedawno także ogromny hit z duetem The Chainsmokers – tak w skrócie można opisać karierę Halsey. Młoda amerykańska wokalistka w 2015 roku wydała debiutancki album „Badlands”, którym zachwyceni byli swego czasu zarówno krytycy muzyczni, jak i słuchacze. Pod dwóch latach artystka powraca z albumem „hopeless fountain kingdom”, który może być w jej muzycznej pracy momentem przełomowym. Czy piosenkarce udało się uniknąć „syndromu drugiej płyty”?

„hopeless fountain kingdom” inspirowane jest dramatem Wiliama Szekspira „Romeo I Julia” i już pierwszy utwór „The Prologue” wyraźnie nam to sygnalizuje. Jest to pół recytacja, pół śpiew wstępu do tego dzieła. Wszystkie szesnaście utworów zawarte na wersji deluxe utrzymane są na pograniczu synth-popu, elektroniki, ale także hip-hopu. Przyjrzyjmy się bliżej całemu materiałowi!

Pierwszą zapowiedzią płyty przed premierą był singiel „Now Or Never”, który podzielił fanów – jednym się podoba, drugim niestety nie. Przy pierwszym odsłuchu piosenka nie robi wrażenia, trzeba jej posłuchać kilkakrotnie. Z perspektywy całego wydawnictwa nie był to najlepszy wybór na tzw. „lead single”. W tej roli z widziałbym najbardziej popowe „Strangers” z gościnnym udziałem Lauren Jauregui z Fifth Harmony czy znakomite „100 Letters” z chwytliwym refrenem.

Drugi album Halsey jest różnorodny, każdy znajdzie coś dla siebie, ale z drugiej strony bardzo spójny. Tworzy on zamkniętą kompozycję z wieloma gatunkami muzycznymi, a ich spoiwem jest niski, zachrypnięty głos piosenkarki, który w niektórych momentach wywołuje ciarki. Na „hopeless fountain kingdom” jest wiele dobrych kompozycji – elektroniczne „Don’t Play”, przyjemne „Heaven In Hiding” czy bujające „Eyes Closed”. Przy słuchaniu koniecznie trzeba zwrócić uwagę na lekko agresywne „Walls Could Talk” (dlaczego tak krótkie?). Połączenie instrumentów smyczkowych, elektroniki i głosu Halsey w tym utworze to mistrzostwo świata! Mamy tu także hip-hopowe „Lie” z ostatnio rozchwytywanym raperem Quavo z zespołu Migos oraz „Sorry” – minimalistyczną balladę z mocnym głosem artystki. Jednak nie wszystko jest takie kolorowe. Od reszty całkowicie odstaje „Alone”, które w zestawie z pozostałymi piosenkami wypada blado, osobno jest to poprawny numer, ale bez fajerwerków. Na uwagę nie zasługuje natomiast „Hopeless”, przy którym palce maczał Cashmere Cat, w którym trochę przesadzono z auto-tunem i eksperymentami wokalnymi.

Odpowiadając na pytanie ze wstępu – tak, Halsey uniknęła! Piosenkarka przy pomocy takich producentów jak Benny Blanco czy Greg Kurstin stworzyła utwory, które są bardziej radiowe niż te z „Badlands”, ale nadal pozostają w stylistyce artystki. Wokalistka ma na siebie pomysł i wybrała słuszną ścieżkę swojej kariery. Niech idzie nią jak najdłużej i po drodze tworzy takie płyty jak „hopeless fountain kingdom”.

Udostępnij na Google Plus