Ed Sheeran – Divide [RECENZJA]

Jak poobserwujemy trochę rynek muzyczny, to możemy dostrzec, że co roku jest przynajmniej jedna premiera konkretnego albumu muzycznego, po którym media szaleją i obserwują statystyki, ścigając się w podawaniu newsów o fenomenalnej sprzedaży danej płyty. Wystarczy wspomnieć w tym przypadku chociażby o Taylor Swift, Adele czy Drake’u. W tym roku to Ed Sheeran za sprawą swojego „Divide” będzie wszędzie. Jest to kwestia kilku dni, a trzecia płyta piosenkarza zostanie okrzyknięta pierwszym krążkiem, który przekroczy pułap miliarda streamów na Spotify w przeciągu tygodnia bądź dwóch od premiery. Pytanie brzmi natomiast – czy Sheeren rzeczywiście zasługuje na bicie takich rekordów?

Może zaznaczę – nie jestem fanem Eda Sheerana. Zawsze szanowałem go za to jaki jest, ale obok jego muzyki przechodziłem raczej obojętnie. Z jego sukcesów na Grammy ani specjalnie się nie cieszyłem, ani też nie denerwowałem się z tego powodu – po prostu Akademia wybrała tak, a nie inaczej. Poniższa recenzja będzie zaś próbą docenienia jego twórczości. Czy uda mi się go bardziej polubić w przypadku „Divide”?

Na początek skupię się na singlach: „Castle on the Hill” jest pozytywną, autobiograficzną piosenką rockową, przy której można się nieźle zaskoczyć. Co innego przewidywalne do bólu „Shape of You”. Zawsze go ceniłem za to, że nie opuszczał swojej stylistyki gitarowej, w odpowiedni sposób romansując z muzyką rozrywkową. Tymczasem ten pompowany do granic możliwości hit jest po prostu… zwyczajny. Rekordowe sukcesy kawałek odnosi nadal, ale irytuje mnie swoją wtórnością, przez co skłaniam się ku teorii, iż bohater dzisiejszej recenzji będzie mieć swoje „25”. „How Would You Feel (Paean)” nie wskazywało na ewentualną, eksperymentalną naturę „Divide”. Całość natomiast jest nieco ciekawsza.

O ile na wspomnianym wcześniej „25” Adele jest nieco więcej wpływów mainstreamowych, tak na całe szczęście przesadne staranie się o przebój kończy się u Eda na „Shape of You”. Co więcej, na premierowym materiale znajdziemy kilka nagrań prezentujących Sheerana z nieco innej strony – choć umówmy się – nie są one innowacyjne. Mamy na przykład „Dive”, które podobnie jak „All Night” Beyoncé jest zainspirowane brzmieniem reggae. Mamy też „Galway Girl”, gdzie usłyszymy motyw zaczerpnięty z ludowej muzyki irlandzkiej. Odwołując się natomiast do edycji rozszerzonej – całkiem przyjemnie słucha się także szkockiego „Nancy Mulligan” czy hawajskiego „Bibia Be Ye Ye”. Cegiełkę do różnorodności mógłby dołożyć także rozmarzony „Perfect” czy nieco bajkowy „Happier”. Wprawdzie po przesłuchaniu tych tytułów pozostanie wrażenie na zasadzie „gdzieś już to słyszałem”, ale bądź co bądź nie są to złe propozycje.

Słabsze strony? Wskazałbym na akustyczne „Hearts Don’t Break Around Here”, gdzie w porównaniu z resztą po prostu ginie w tłumie. Nie przepadam też za „What Do I Know?”. Tak z kolei brzmiałby „Love Yourself” Justina Biebera, gdyby tylko podkręcić tempo. Nie przemawia do mnie również „Eraser” i jego rapowane kwestie. Doceniam fakt, iż od niego może się uczyć wiele przedstawicieli kultury hip-hopowej, ale… najwidoczniej polubię piosenkę za jakiś dłuższy czas. Podobne podejście mam do chwytliwego, ale nieco przypominającego odrzut z „x”, „New Man”, czy bonusu „Barcelony” – i niestety, w przypadku tej drugiej nazwy nie pomógł mi nawet najbardziej pozytywny refren zawarty na płycie. Nieco lepiej jest z balladami odpowiednio kończącymi edycję standard i deluxe. „Supermarket Flowers” i „Save Myself” mają jednak pewien mankament – to przykłady numerów posiadanych przez praktycznie każdego popowego wykonawcę i nie mają one absolutnie nic wspólnego z oryginalnością.

„Divide” na pewno spodoba się fanom artysty, który trwają u jego boku po dzień dzisiejszy. Patrząc jednak z punktu widzenia zwykłego słuchacza muzyki, nie jest to CD z wystawioną gwarancją na jakość jej zawartości. Słuchanie ocenianego materiału może sprawiać przyjemność, ale czy rzeczywiście jest to album roku? Komercyjnie – prawdopodobnie tak (no chyba, że Taylor Swift postanowi w 2017 wrócić na Spotify z nowym wydawnictwem muzycznym), artystycznie – na pewno nie. Brytyjczyk jest teraz na takim etapie kariery, że od niego nie można już wymagać powielania schematów zastosowanych na poprzednich longplayach. Można jednak przypuszczać, iż odważniejszych doświadczeń muzycznych nie zabraknie w przyszłej dyskografii autora. Życzyłbym sobie, by piosenkarz przy następnych płytach poszedł na całość i po prostu zrezygnował z zachowawczości, na rzecz śmiałych przymiarek gatunkowych. Wokalista popularność już wywalczył, najwyższy czas ją wykorzystać.

JZet

JZet

Muzyką interesuje się praktycznie od roku 2010. Wtedy też słuchałem tylko POPu. Dziś nie tylko doceniam inne gatunki muzyczne, ale też potrafię szczerze powiedzieć co jest dobre, a co złe.

Udostępnij na Google Plus

5 komentarzy

    Zostaw komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *