The Weeknd – Starboy [RECENZJA]

Powroty bywają ciężkie. Szczególnie te po niekończącym się paśmie medialnych sukcesów, które niejednemu mogą zawrócić w głowie. Zaledwie rok po swoim poprzednim wydawnictwie, nasz dzisiejszy bohater zaprezentował niedawno światu swoje nowe dzieło, które od początku wzbudzało w świecie muzycznym niemałe emocje. Poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko, a oczekiwania fanów od początku były ogromne – czy The Weeknd sprostał temu wyzwaniu i nagrał coś, co będzie odpowiednie dla artysty jego kalibru? 

Przyznam szczerze, że jeszcze do niedawna The Weeknd był dla mnie wielką muzyczną niewiadomą. Zmieniło się to dopiero wraz z wydaniem “Beauty Behind the Madness”, które stało się dla niego trampoliną do ogromnej, międzynarodowej kariery, której chyba nawet on sam się w pewnym momencie nie spodziewał. Krążek zrobił na muzycznym świecie bardzo dobre wrażenie, a wyniki sprzedaży nie pozostawiały wątpliwości, że możemy być właśnie świadkami narodzin ogromnej gwiazdy. Dziś, mając przed sobą jego najnowszy album, nie sposób nie zgodzić się z moim ostatnim zdaniem – rzeczywiście mamy tu do czynienia z kimś więcej niż tylko kolejnym jedno-sezonowym produktem, który znika równie szybko jak się pojawił. Przejdźmy jednak do sedna, bowiem w tym wypadku faktycznie jest do czego.

Na “Starboy” znajdziemy tym razem aż osiemnaście premierowych kompozycji, które oscylują zgrabnie pomiędzy R&B, popem i muzyką elektroniczną. Singiel o tym samym tytule rozgościł się na dobre w największych rozgłośniach radiowych już jakiś czas temu, co oczywiście nie dziwi biorąc pod uwagę ogromną kampanię medialną. Dużym plusem wydawnictwa jest bez wątpienia długość krążka, który dzięki odpowiedniej konstrukcji nie tylko się nie dłuży, ale dodatkowo praktycznie wyczerpuje poruszoną w utworach tematykę. Bardzo mocnymi punktami są tu kompozycje “Rockin'”, “Love to Lay” czy “Secrets”, które mogą w przyszłości podzielić los kawałka tytułowego i wygenerować ogromne radiowe hity. Nie inaczej jest też z genialnymi “A Lonely Night” oraz “Die For You” – pozostawienie tych piosenek bez odpowiedniej oprawy medialnej byłoby smutnym nieporozumieniem.

Ciężko jest na dobrą sprawę znaleźć w tym wydawnictwie rzecz wartą zdecydowanej krytyki, jednak nie oznacza to oczywiście, że wydano właśnie na świat dzieło idealne. Cieszy udział w projekcie duetu Daft Punk czy rapera Kendricka Lamara, szkoda jedynie, że zaproszona do współpracy nad projektem Lana Del Rey zakończyła swoją przygodę na tak epizodycznej roli. “Stargirl Interlude” miało ogromny potencjał do bycia jednym z najmocniejszych punktów tego albumu, jednak jego czas trwania, choć oczywiście nie dyskwalifikująca, niestety rozczarowuje. Inną sprawą jest wspomniana długość krążka – w świecie dziewięciopiosenkowych longplayów jest ona dla mnie ogromnym atutem, jednak dla wielu może okazać się niestety odrzucająca. Nie zmienia to jednak faktu, że “Starboy” jest momentami dużo bardziej przebojowy niż jego skromniejszy pojemnościowo poprzednik, a wiele z nowych kompozycji ma potencjał do bycia ogromnymi przebojami. Chyba jednak było warto.

Nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu również o oprawie graficznej, która wywarła na mnie zaskakująco pozytywne wrażenie. W czasach kiedy coraz mniej artystów przykłada wagę do prezentacji gotowego produktu, dobrze jest zobaczyć coś interesującego i związanego z faktycznym motywem przewodnim albumu. Dużym atutem jest również cała otaczająca krążek kampania promocyjna i zaprezentowany niedawno mini-film “MANIA”, które zamykają “Starboy” jako dzieło kompletne, doskonale opakowane, a przede wszystkim zwyczajnie skazane na sukces. Zmierzając jednak w kierunku samej zawartości uważam, że muzyczna różnorodność, nie najgorsze teksty i dopracowana produkcja nie pozwolą ludziom przejść obok tego albumu obojętnie. Jedynym wyzwaniem może być w tym przypadku próba czasu, jednak myślę, że i ten egzamin uda się The Weekndowi zdać bez problemu.

Zatem czy nam się to podoba czy nie, “Starboy” faktycznie czyni The Weeknda jedną z najjaśniejszych gwiazd tego roku, a on sam udowodnił kolejny raz, że nie musi zdobywać popularności poprzez transformację w kolejnego odrysowanego od szablonu popowego wokalistę. Czuć tu wkład samego artysty w wydawnictwo, a całość trafi bez problemu zarówno do fanów zmysłowego “Earned It”, jak i bardziej popowego “Can’t Feel My Face”. Przy starannie opracowanej promocji, kilku ciekawych pomysłach i dobrze dobranych singlach “Starboy” może lśnić jeszcze przez bardzo długi czas. Tego też życzę samemu zainteresowanemu, z którym w końcu już w przyszłym roku widzimy się na Open’erze!

Web Cams Sex
Udostępnij na Google Plus