Beyoncé – Lemonade [RECENZJA]

Od wydania ostatniego albumu Beyoncé minęły prawie 3 lata. Krążek “Beyoncé” na zawsze zmienił scenę muzyczną. Mimo, że artystka nie była pierwszą, która użyła strategii wydania longplaya z zaskoczenia, to właśnie dopiero od publikacji “Beyoncé” przemysł muzyczny zaczął zauważać potencjał tego rodzaju strategii. Czy tego chcemy czy nie, czy lubimy Beyoncé czy nie, piosenkarka pokazała ogromną siłę, która tkwiła w jej nazwisku i tym samym zasłużyła na miano ikony naszych czasów. Po 3 latach Beyoncé powraca z nowym materiałem i podobną strategią wydania albumu. Nie da się więc uniknąć porównań. A niepotrzebnie, bo “Lemonade” to zupełnie inna historia. 

Lemonade” to przede wszystkich krążek przemyślany, spójny, ale też nieoczywisty. Po raz pierwszy można posłuchać Beyoncé przekraczającą swoje bezpieczne muzyczne granice. Bo przecież kto by pomyślał, że artystka skusi się na nagranie utworu, który zahacza swoim brzmieniem o muzykę country? Jeśli kogoś słowo country wystraszyło, to już uspokajam – kompozycja “Daddy Lessons” jest najlepsza na albumie (i pisze to osoba kompletnie nie przypadająca za takim rodzajem muzyki). Oprócz country, Beyoncé “zatopiła się” nieprzeciętnie w brzmieniu reggae przy “Hold Up” i “All Night“. Na albumie znajdzie się też jedna pomyłka – duet z The Weeknd “6 Inch“. Niestety to jest przykład tego, że Beyoncé nagrywając duety z gorącymi, nowymi nazwiskami, lubi zainkoroporować całkowicie brzmienie kogoś, nie wnosząc niczego od siebie (tak jak przy “Telephone” i “Beautiful Liar“).

Fani dotychczasowego dorobku muzycznego Beyoncé mogą czuć się zawiedzeni – nie ma tutaj hitów na miarę “Run The World (Girls)” czy “Crazy In Love“. Jest za to najlepsza do tej pory warstwa liryczna utworów w karierze artystki. Po raz pierwszy słychać, że Beyoncé znana z małego wkładu w kwestię liryczną muzyki, usiadła do stołu i przelała swoje emocje w związku z licznymi zdradami męża Jaya Z. Doskonale opowiada o tym film, który został dołączony do albumu, zawierający fragmenty utworów z “Lemonade“. Tylko po obejrzeniu tego rewelacyjnie nakręconego materiału zrozumiemy nazwę krążka.

Lemonade” to prawdopodobnie koniec Beyoncé jakiej znamy. Artystka udowadnia, że jest ikoną, nie musi się trzymać z góry wyznaczonych ram i nie potrzebuje hitów. Granica została przekroczona, nie ma już powrotu. Beyoncé jest na najlepszej drodze do zostania legendą, a każde kolejne wydanie albumu to duże wydarzenie w popkulturze. Nie ma dzisiaj nikogo w muzyce, kto jest w stanie skupić na sobie oczy widzów przy okazji wydania longplaya. Niestety nawet Madonnie w ostatnim czasie nie udaje się dorównać w tej kwestii do Beyoncé (i piszę to duży fan Królowej Popu).

Wypatrujcie “Lemonade” w iTunes – już niebawem pojawi się album do zakupu, a tymczasem odsyłam Was do Waszego ulubionego Tidala.

beyonce lemonade

Sebastian

Sebastian

Współzałożyciel POPHEART.PL. Zakochany w najróżniejszej muzyce po uszy. Wielki fan Davida Bowiego, Grace Jones i Iggy’ego Popa. W przesłuchiwanych albumach szuka przede wszystkim jakości, świeżości i czegoś innego.

Udostępnij na Google Plus