RECENZJA: P!nk – The Truth About Love

Cztery lata po dobrze przyjętym krążku „Funhouse”, P!nk prezentuje nam swoje kolejne dzieło „The Truth About Love”. Już sam tytuł sugeruje, że płyta będzie opowiadała głównie o miłości. Spróbujmy się dowiedzieć czy tak jest.

Na krążek składa się w sumie 19 utworów. Kilka z nich faktycznie jest o miłości, jednak pozostałe od tej tematyki są zupełnie dalekie. Jednymi z głównych producentów płyty są Greg Kurstin (Ke$ha, Rita Ora, Sia, Dido) oraz Billy Mann (Kelly Rowland, Anastacia, Ricky Martin). Autorką prawie wszystkich tekstów jest sama P!nk. Jeżeli ktoś z Was spodziewa się płyty bardzo rockowej, może się trochę zawieść. Co prawda jest tu kilka mocniejszych piosenek, ale większość  to popowe lub pop-rockowe kawałki. Mimo to płyta wcale na tym nie traci, a wprost przeciwnie.

Naszą recenzję rozpoczynamy od pierwszego numeru na albumie czyli „All We Are We Are”. Już od początkowych nut piosenka jest mocna, gitarowa, w nie za szybkim tempie. Kolejny utworów to „Blow Me (One Last Kiss)” – wesoła kompozycja, opowiadająca o rozstaniu. Sprawia wrażenie, że skądś już ją słyszeliśmy, trochę w stylu Kelly Clarkson. „Try” przenosi nas w zupełnie inny nastrój. Lirycznie piękna mid-tempo kompozycja, mówiąca o tym, aby się nie poddawać i próbować dalej. Następną pozycją jest „Just Give Me A Reason” wykonywana w duecie z Natem Ruessem z grupy Fun. Zdecydowanie jedna z najlepszych ballad P!nk. Brzmi całkowicie inaczej niż poprzednie ballady Alecii, a do tego ma naprawdę świetny tekst i chwyta za serce niesamowitą prawdziwością. Przechodzimy do „True Love” – najbardziej popowego utworu na płycie. Ciekawa kompozycja o miłości, a głównie o tym, że można jednocześnie kogoś kochać i nienawidzić. Pozytywnym akcentem jest obecność Lilly Allen w drugiej zwrotce. Wesoło, lekko, jak na P!nk nietypowo. Numer 6 to „How Come You’re Not Here?” – produkcja z P!nkowym pazurem, jeszcze kilka takich usłyszymy. „Slut Like You” jest, jak przystało na ‘Fat Mamę’, wulgarne. Mimo, tego jest szybko i wpada w ucho. Za produkcję odpowiada dobrze nam znany hit-maker Max Martin (chociaż ostatnio naszła mnie refleksja, że jego nowe piosenki są do siebie bardzo podobne). Na hit piosenka nie nadaje się ze względu oczywiście na zbyt częste użycie słowa ‘slut’ i ‘fuck’. Po ‘Slut Like You’ nadszedł czas na tytułowe „The Truth About Love”. Z tekstu dowiadujemy się tego, jak wygląda miłość według P!nk. Wokal w piosence jest wyczuwalnie zmieniony elektronicznie, a sama piosenka nie należy do najwybitniejszych. To kolejny popowy kawałek. „Beam Me Up” to pierwsza prawdziwa ballada na płycie. Bardzo typowa dla P!nk, która lubi komponować utwory do akompaniamentu gitary akustycznej. Jest liryczniej, ale ballada może się znudzić i ‘przelecieć’ przez głośniki niezauważona. Po chwilowym wyciszeniu ponownie nabieramy tempa, a powoduje to piosenka „Walk Of Shame”, opowiadająca o porannych powrotach do domu po nocy pełnej przygód. Bardzo podobna do „How Come You’re Not Here?”. Nie wybija się z tego szeregu duet z Eminemem – „Here Comes The Weekend”. Raper jest tylko dodatkiem do tej piosenki, równie dobrze mogłoby go wcale nie być. Podobnie jest z „Where Did The Beat Goes?”. Tu P!nk brzmi mniej zabawnie, a sam utwór jest bardziej zabarwiony emocjonalnie. Ostatnią pozycją na standardowej wersji jest „The Great Escape”. Druga ballada, o wiele lepsza od „Beam Me Up”, napisana na pianino, opowiada o samobójstwie, ale sama wokalistka przyznaje, że jest to opowieść o ukrywaniu emocji przez ludzi.

Piosenki z wersji deluxe to dwie ballady: „Run” i „Chaos & Piss”, a także 4 utwory: „My Singnature Move”, „Good Old Days”, „Is This Thing On?” i “Timebomb”. Wszystkie utrzymane w stylistyce płyty.

W kilku słowach określiłabym płytę jako bardzo spójną pod względem kompozycyjnym. Czasem może to sprawiać wrażenie, że brzmi ‘na jedno kopyto’. Wiele piosenek jest po prostu do siebie podobnych, no może z kilkoma wyjątkami. Nie ukrywam, płyta jest bardzo dobra. P!nk nigdy nie była rockową piosenkarką, mimo, że na taką się stylizowała. „The Truth About Love” to przykład poprocka w czystej postaci. Ponadto nauczona doświadczeniem poprzednich płyt, wiem, że po P!nk nie należy spodziewać się niczego świeżego, eksperymentalnego i nowego muzycznie. Nie jest to wadą, ale z czasem można odnieść wrażenie, że Alecia się powtarza. Krążek sam w sobie nie ma, aż tak dużo smutnych piosenek o miłości, jak wskazuje tytuł, ale również nie jest całkowicie płytą imprezową. Ostatecznie obserwujemy walkę między tą nową dojrzałą P!nk – matką, a starą rockową łobuziarą/imprezowiczką. Która ze stron wygrywa – ocena należy do Was.

OCENA: 8/10

Udostępnij na Google Plus